czwartek, 1 grudnia 2011

Toner i III trymestr

Pewnie siedzisz sobie teraz wygodnie w miękkim fotelu. Obok stoi kubek z ciepłą kawą lub herbatą, a może z grzanym winem? hmm:)  Może nawet siedzisz zawinięty w koc chroniąc się przed jesiennym chłodem. Nie zdziwię się jeśli jesteś teraz na sali wykładowej i „słuchasz” jakże interesującego wykładu. A może jesteś w pracy i ukradkiem czytasz co ciekawego dzieje się u mnie, na mojej misji, gdzieś daleko pośród czekoladowych wiecznie uśmiechniętych buziek. Uważaj bo szef zerka przez Twoje lewe ramię:):):) Może gotujesz obiad i w tak zwanym międzyczasie czytasz wiadomości, odbierasz maile, sprawdzasz co nowego dzieje się na ogólnoświatowym portalu społecznościowym – mam nadzieję, że dziś obiad będzie na czas i wszystkim będzie smakował:) Dziękuję za chwile poświęcone na czytanie tego co napiszę. 

Gdyby ktoś przed wyjazdem powiedział mi, żebym wzięła okulary do pracy przy komputerze to bym go wyśmiała! Tak, wyśmiałabym go. Pomyślałabym na pewno – „po co okulary do pracy z dziećmi?!” A jednak, ten ktoś miałby rację:)  Owszem pracuję z dziećmi jednak popołudniu i nie przy komputerze, a jedynie nad zeszytem lub książką. Codziennie od 7.30 zaczynam swój bój z komputerem, drukarką i xerem. To są moje podstawowe narzędzia pracy. Często wystawiają moją cierpliwość na próbę pokazując, że jestem przyzwyczajona do wygody - bo gdy  coś włączam to musi działać, zawsze! A tu proszę,  często spotyka mnie złośliwość rzeczy martwych.  Nie spodziewałam się, że praca w Office, gdzieś w Zambii, na misji będzie wymagała ode mnie znajomości obsługi prawie  wszystkich podstawowych programów komputerowych w języku angielskim. Jadąc tu, nie miałam świadomości, że po dwóch miesiącach będę znała obsługę drukarki laserowej i dużego xera. Nie przypuszczałam też, że  będę znać te sprzęty „od środka”:)  A jednak:) może po przyjeździe otworzę swój własny profesjonalny salon introligatorski albo drukarnię? kto wie?:) Na razie jednak jestem tutaj i toczę codzienną walkę z maszynami. Oczywiście zazwyczaj wygrywam:) Ostatnio pokonał mnie tylko prąd – bo po prostu sobie gdzieś poszedł. Toner w xero widocznie też miał dosyć zostawiania swojego śladu na kilku tysiącach kartek:)  A tak nawiasem mówiąc to nie bawcie się pełnym pojemnikiem z tonerem. Ja niestety byłam mało uważna i w jednej sekundzie stałam się bardzo podobna do osób z którymi pracuję:) chodzi oczywiście o kolor skóry. O jedną białą wolontariuszkę przez pewien czas było mniej:)  Nie wspomnę już o całym otoczeniu:) - godzinka na sprzątanie z głowy:)  To taka rada starszej siostry – uważajcie na toner:)
 
Ten miesiąc był bardzo intensywny, jeśli chodzi o pracę w Office. Zakończyły się właśnie egzaminy klas 1-6
i klasy 8. Wszystkie testy ze wszystkich przedmiotów przygotowywane były ręcznie przez  nauczycieli. Następnie z Asią musiałam je przepisać na komputerze i oddać do sprawdzenia. Po sprawdzeniu nanieść poprawki – zwłaszcza tam gdzie było pismo cinyanja i wydrukować. Jeśli była taka potrzeba - bawiłam się w ilustratora, zwłaszcza w młodszych klasach:) Dopiero po tych zabiegach można było zabrać się do pełnej produkcji egzaminów. Uwierzcie, ryzy papieru rozpuszczały się w mgnieniu oka i to nie ze względu na temperaturę:) Xero nagrzewało się w zastraszającym tempie i wymagało częstej interwencji:) Było ciężko, ale też ciekawie i czas szybko płynął. Także udało się – III trymestr roku szkolnego 2011 dobiega końca.

Muszę tu wyjaśnić, że w Zambii rok szkolny jest podzielony według innych zasad. Otóż, zaczyna się w styczniu i trwa do grudnia. Podzielony jest na trzy trymestry. Każdy z nich kończy się egzaminami. To znaczy, że uczniowie trzy razy w ciągu roku mają „duże” egzaminy sprawdzające ich wiedzę. Przypomina mi to trochę system jaki działa na studiach. Ostatni egzamin w listopadzie działa na zasadzie przepustki do następnej klasy. Jeśli uczeń zaliczy go z dobrymi wynikami przechodzi do następnej dalej. Niestety, znaczna część dzieci zostaje w tej samej klasie na drugi rok. Mam takie wrażenie, że to jest u nich na porządku dziennym i nikt z tego nie robi tragedii. A przynajmniej takiej jaką można zobaczyć w Polsce. Cóż, na wyniki muszą jeszcze trochę poczekać, ale to przecież nie problem bo zaczęły się wakacje:) 

czwartek, 24 listopada 2011

Dama

Kapusta to cenne warzywo nie tylko za sprawą witamin, które w sobie kryje:) Ostatnio doświadczyłam, że można w niej znaleźć coś bardziej cennego. Coś, bez czego nie da się żyć. Dziwne? a jednak. I wcale nie mam tu na myśli małego bobaska w kolorze mlecznej czekolady zawiniętego w pieluszkę :)
Pewnego pięknego i upalnego popołudnia, kiedy słońce grzało niemiłosiernie, wracałam z Office do domku. Miałam do pokonania niecałe pół kilometra. Mało, jednak po całym dniu pracy w małymi dusznym pomieszczeniu przy temperaturze prawie 40 st. C. nie jest to takie proste. Praca upałach nie należy do przyjemności. Tym bardziej dla człowieka, który nie jest do takich temperatur przyzwyczajony. Nogi były ociężałe. Wilgotna bluzka parzyła niczym wosk wylany na palec. Głowa była nagrzana niczym patelnia. Szłam, ale jakbym się oddalała. Nie miałam siły na rozmowę, słowa bełkocząc zostawały w ustach.  Przy każdym kolejnym kroku czułam jak ucieka ze mnie energia, a to dopiero połowa drogi. Dziewczynki pozdrawiały mnie, a ja nie miałam sił unieść ręki do góry i im pomachać. Marzyła mi się szklanka zimnej wody. W takich warunkach to najcenniejszy skarb. Bez niego zginiesz.
Sunęłam noga za nogą, a myśli bawiły się w chłodnej wodzie jeziora. Oby do domku – tam czeka na mnie zimny prysznic:) Gdy tak marzyłam idąc przez nasz duży ogród zobaczyłam – kapustę :) A raczej to, jak jest zraszana kroplami życiodajnego napoju. Stała tak na swojej jednej nodze niczym dama, piękna, dostojna, ubrana w srebro wody. A zraszacz jak sługa systematycznie dawał jej wodną ochłodę. Też tak chcę! Nie myśląc długo – pewnie od tego słońca, wskoczyłam miedzy jej zielone głowy i czekałam :) Dobrze, zraszacz nie miał nic przeciwko żeby i mnie ochłodzić. Nagle poczułam zimne krople na włosach, twarzy, rękach, łydkach. Trwało to kilka sekund jednak mi wystarczyło. Miałam uczucie jakbym wyszła z zimnego, górskiego potoku. Na twarzy pokazał się uśmiech, oczy zabłysły, zmysły się obudziły. Coś wspaniałego! Stałam i czekałam na kolejną dawkę ochłody. Jest!!! Siły powróciły, miałam ochotę zostawić wszystko i ganiać za wodą jak małe dziecko kiedy zobaczy na chodniku kałuże. Krótka chwila, a jak ważna. Zwykła woda, a ile daje sił i radości.

Tak więc w kapuście znalazłam siły na pokonanie ostatniego odcinak dzielącego mnie od domku. Ale czy tylko to? Myślę, że taki orzeźwiający element dnia zapiszę w swoim kalendarzu zajęć. :) To dobry sposób na radzenie sobie z upałami:) Kolejny dowód na to, że w każdych warunkach stać człowieka na kreatywność  i pomysłowość:)
Czasem nie dostrzegamy tego, co mamy na co dzień. Do momentu, kiedy jest nam bardzo potrzebne, a nie jest to w zasięgu naszych rąk. Doceniamy wtedy wartość, smak i ważność. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że często to, co jest takie zwyczajne, pospolite, codzienne kryje w sobie wielką moc. Cieszmy się z najmniejszej rzeczy. Cieszmy się, że gdy odkręcimy kran od razu leci woda. Inni muszą ją nosić kilka kilometrów w beczkach i dzbanach na głowach. Bądźmy wdzięczni tu i teraz, w tym momencie.
Pozdrawiam:)

wtorek, 15 listopada 2011

Na dywaniku u Pani Konsul

Prędzej czy później musiało to nastąpić. Nie spodziewałam się tylko, że tak szybko:) Polskie Święto Narodowe jednych łączy, innych dzieli, niestety. Nas, Polaków mieszkających w Lusace i okolicach zdecydowanie połączyło. Przyczyniła się do tego także nasza Pani Konsul. To ona kontaktowała się  z poszczególnymi osobami i zaprosiła na polski obiad. My pojechałyśmy z naszą s. Ryszardą. W ostatnią niedzielę, po Święcie Niepodległości duża grupa Polaków spotkała się u Pani Konsul na obiedzie. Oczywiście jak przystało na polski obiad, nie zabrakło polskich dań:)  Między innymi były gołąbki i pierogi!!! Nareszcie coś bardziej "domowego":) Pani Maria to ciepła, sympatyczna  i pełna życia kobieta. Dla mnie jest niesamowita ponieważ mieszka w Zambii już ok. 47 lat!!! zna wszystkich i wszyscy ją znają. Zaskakujące również było to, że poza księżmi i siostrami zakonnymi w Lusace mieszka i pracuje sporo osób z Polski. Dobrze mieć taką świadomość, że człowiek w obcym państwie i na obcym  kontynencie nie jest sam. Myślę, że takie spotkania są dobre dla wszystkich, którzy mieszkają z dala od rodzinnego kraju. Chwała im za to, że potrafią się zorganizować i spotkać. 

 Święto Niepodległości obchodzone było również u nas, w City of Hope:)  Zdecydowanie przyczyniłyśmy się do obchodów 11 listopada:) Nie zabrakło biało-czerwonych koszulek i flagi. Nasz wygląd wzbudzał ogólne zainteresowanie:) Nie trzeba było długo czekać, na to, by wszyscy na placówce wiedzieli, że Kasia i Asia ma dziś Independence Day:)Były miłe komentarze i życzenia. Nauczyciele w szkole co chwilę pytali o nasz kraj, np.: ile lat mamy u siebie niepodległość. Gdy odpowiadałam, byli mocno zaskoczeni, ponieważ Zambia cieszy się niepodległością dopiero 47 lat.  Mówili również, że mamy bardzo ładne koszulki i żebym im je dać:)  Tak po prostu, bo są ładne. I nie wydaje mi się żeby zwracali uwagę na rozmiar:) Było przy tym sporo śmiechu:)


  Obchody Święta Niepodległości swojego kraju poza jego granicami nabiera innego charakteru. W takich chwilach patriotyzm nabiera innego znaczenia.  

sobota, 5 listopada 2011

Upalne Zaduszki

Listopad - miesiąc szczególnej pamięci o tych, którzy odeszli. Miesiąc pamięci o tych, którzy orędują za nami w niebie. To ważny czas. Nawiedzamy groby, zapalamy znicze, kładziemy kwiaty. Modlimy się za bliską osobę, której już nie ma tu na ziemi. Zamyśleni patrzymy na krzyż, tablicę nagrobkową i wyryte w niej litery niczym wspomnienia w sercu. Tępym wzrokiem czytamy imię, datę urodzin, śmierci… Dyskretnie wycieramy płynącą łzę po policzku. Zaduszki – to piękny czas. To chwila, kiedy możemy się zatrzymać, pomyśleć, zastanowić nad życiem, nad tym jak jest ulotne. Myślimy o tych, którzy jeszcze rok temu razem z nami spacerowali cmentarnymi alejkami zapatrzeni w ciepły blask maleńkich płomieni. O tym jak wspólnie rozmawialiśmy półgłosem, tak żeby nie zbudzić tych, którzy wokół nas śpią. Jak słuchaliśmy pękających szklanych zniczy niczym bańki mydlane, ulotne i kruche jak nasze życie. Nie myśl, że teraz idziesz sam. To nie prawda. Nigdy nie jesteś sam! 
Zaduszki to również czas na odwiedzanie cmentarzy w innych miastach, na które często w ciągu roku nie mamy czasu, cóż. Często te dni to pierwszy większy przymrozek jesieni dzięki któremu nie jesteśmy wstanie zapalić lampki. To oszronione chryzantemy.
W tym czasie, każdego roku przypominam sobie wierszyk, który nauczyłam się jeszcze w szkole podstawowej. To niesamowite bo cały rok o nim nie pamiętam. A w tym czasie zawsze daje znać o sobie.

” Zasnuła groby żółtawa mgiełka, we mgle migoczą blade światełka. Między grobami liście się mienią. Szeleszczą, szumią, pachną jesienią (…)”  
Tak wspominam polski Dzień Zmarłych. Tu w Zambii nie mam tego więc pamięć przywołuje znane obrazy. Pierwszy jak też drugi listopada to normalny dzień pracy. I jeśli człowiek sam nie będzie pamiętał o ważności danego dnia to szybko może o niej zapomnieć. Dzięki codziennym zajęciom może przeżyć go w błogiej nieświadomości. Sama miałam takie momenty, na szczęście krótkie. W te dni była wieczorna  Msza św. Niestety, nie obchodzona tak uroczyście jak u nas w Polsce. Byłam nawet zaskoczona, gdy zobaczyłam na niej dużo mniej osób niż w zwykłą niedzielę. O nawiedzeniu cmentarza też nie było mowy bo tu raczej ich nie ma. A jeśli są, to gdzieś daleko, o które nikt nie dba bo nie ma tu takiego zwyczaju i tradycji jak u nas. Takie chwile uświadamiają mi, że Zambia to nie Polska. Pomimo, że jestem na placówce katolickiej to widać tu inne tradycje, zwyczaje, kulturę. Zostaje mi tylko pamięć o moich bliskich zmarłych. Zapamiętany widok parafialnego cmentarza. Obraz rodzinnych grobów. Wychodząc z domu nie musiałam szukać rękawiczek bo na zewnątrz było 38 st. C w cieniu.
Inaczej, ale czy gorzej? Myślę, że nie. Taka sytuacja, gdy jesteśmy z dala od rodzinnego domu pokazuje nam, co w naszym życiu jest ważne. Pokazuje czym żyjemy. Daje nowe doświadczenie. Do nas należy to, co z tym zrobimy.




niedziela, 23 października 2011

50 min.

Mój pierwszy wyjazd do miasta bez osób, które już tam były. Wyjazd? wyprawa?! J Razem z Asią wybrałyśmy się do Lusaki w celu uzupełnienia zapasówJ A przy okazji rozejrzenia się po mieście i targu. Mnie bardzo ciekawił zambijski targ, zwykły bez pamiątek. Taki, jakich u nas w Polsce nie brak w każdym mieście i miasteczku. Jak wygląda? Jakie można znaleźć na nim towary? Jakie są ceny? I się dowiedziałam.

Ale po kolei. Z wielkim i pustym plecakiem przemierzamy zakurzony odcinek drogi łączącej naszą placówkę z główną drogą do Lusaki. Przy niej bowiem miałyśmy zamiar grzecznie stanąć i czekać na busa, który zabierze nas do Lusaki. Miałyśmy szczęście bo zbliżając się do głównej drogi zobaczył nas mężczyzna, który w owym busie „kasuje bilety”. Jest on odpowiedzialny za zapełnianie busa  ludźmi i zbieranie opłaty za przejazd. Tak jest w każdym busie. Kierowca zajmuje się tylko jazdą. Pojazd, którym przemierzać będziemy odległość z CoH do miasta i z powrotem, jest trochę specyficzny. To mały biało - niebieski bus. Jednak jak zauważyłam jest on bardzo pojemny. Znajdują się w nim cztery rzędy miejsc siedzących. Trzy czteroosobowe, przeznaczone dla pasażerów. I jeden trzyosobowy z przodu, łącznie z kierowcą. Oczywiście kierownica po prawej stronie. Czasem do tej piętnastki osób trzeba doliczyć różnego rodzaju pakunki, tobołki i dzieci. Jest ciasno i duszno. Ale jedzie i to się liczy. To takie różnice pomiędzy busem  tutaj, a autobusem w Europie. Jest jeszcze jedna, ale o niej późniejJ



Targ - szok, szok i jeszcze raz SZOOOK!!! Widok był osłupiający! Spokojnie można dostać oczopląsu! Kolorowe morze ludzi przewijających się w jedną i drugą stronę. Morze przepychających się, pchających przed sobą wózki i taczki. Niosących przeróżne towary na głowach. Nawet w ruchu pieszych obowiązuje zasada „lewej strony” więc trochę się o ludzi obijałamJ albo w ostatniej chwili schodziłam mi z drogi:) Masa sprzedawców po prawej i lewej stronie. Dorośli, mężczyźni i kobiety z dziećmi. Nawet wśród kupujących przewijały się osoby, które miały coś do sprzedania. A sprzedawali zimne napoje, mrożony sok zastępujący lody. Domowej roboty placki i nazwijmy to racuchy czy pączki, gotowane lub pieczone kolby kukurydzy oraz owoce w całości jak też krojone na cząstki. Jak sobie klient życzy. Czyli to, co może się przydać podczas długich zakupów jak również podczas długiego dnia pracy. Kocioł zapachów, aż poczułam głód, jednak na „jedzeniu wzrokiem” i pochłanianiu zapachów wolę zakończyć.


Ogrom kolorowych towarów wyłożonych  na sprzedaż. Szkoda tylko, że przeważnie na każdym z nich widniej napis „Made in China”. Sprzedawcy zachęcali do zakupu swoich towaru. Krzyki, nawoływania i płacz dzieci przeplatał się z muzyką płynącą z głośników ze stoiska muzycznego. Nawet alejki po których przemierzałyśmy targ są przewidziane do robienia zakupów bez pośpiechu. Dlaczego? bo jest w nich pełno dziur, nierówności i kamieni – o zgrozo! Chwilami widziałam ostatnie ślady wczorajszego deszczu w postaci błotka. I cóż jeszcze? śmieci, jakżeby inaczej. Można powiedzieć, że to swoisty tor przeszkód.


Znaczna część mężczyzn nie patrzyła na nas obojętnie i na każdym kroku było słuchać „ Muzungu, how are you?” albo „Where are you from?” Maiłam wrażenie, że jestem dla nich jakąś atrakcją, urozmaiceniem dnia. Fakt, później jest co opowiadać w domu J

Ciąg dalszy w następnym poście, zapraszam :)

Cd. "50 min."


Kolejnym etapem były zakupy w markecie. Kupiłyśmy to co miałyśmy w planach i spokojnie wracałyśmy do miejsca z którego odjeżdżają biało – niebieskie busy. Po drodze był mały postój na zakup ananasa. Oczywiście wyjęty z kosza, który zambijska kobieta niosła na głowie. Szybkie pytanie o cenę. Jeszcze szybsze stwierdzenie, że za drogo. Więc próba pierwszego targowania. Kobieta twardo stoi przy swojej cenie więc grzecznie podziękowałyśmy i odchodzimy. A kobieta woła za nami i zgadza się na naszą cenęJ Więc mamy pięknego dojrzałego ananasa i pierwszą udaną próbę targowaniaJ Jego zapach -to słońce i deszcz zamknięte pod kopułą zielonych wąskich liści. To niczym nie skażona natura, to spokój naturalnego wzrostu, bez sztucznej nagonki.  A tak intensywny, że chciałoby się go zjeść tu i teraz, na chodniku, z obawy, że zaraz zniknie. Zapach ten rozweselił pół naszej kuchni. A smak to jakbyś nie jadł przynajmniej przez tydzień i nagle dostał swój ulubiony posiłek. Jeśli tak można - to  sama sobie zazdroszczę, że go jadłam J Soczysty miąższ rozpływał się w  ustach, a złoty sok leciał po ręku, aż do łokcia jak małemu dziecku. PychaJ
Mamy ananasa i teraz już naprawdę szłyśmy w stronę busów, zwłaszcza, że zaczynały pojawiać się krople deszczu. A moknąć w mieście nie jest miło, szczególnie jeśli nie ma się gdzie schować. Jestem z Asią przy busach i mamy problem bo nie wiemy który z nich jedzie w naszą stronę. Pytamy się jednego i drugiego chłopaka, ale wzruszają tylko ramionami. Nie słyszeli o City of Hope. „No to ładnie :/” – myślę sobie. Nic, idziemy dalej i znowu się pytamy. Tu też podobna sytuacja, jednak chłopak pyta się w którą stronę chcemy jechać. Więc pokazujemy mu, a on na to ”Aaa, na Chilangę (jakkolwiek by to się pisałoJ), to chodźcie”. I prowadzi nas wzdłuż busów. Deszcz zaczyna coraz gęściej padać. Ja zmieszana, nie wiem czy dobrze robimy idąc za nim. U Asi w oczach widać dezorientację. A on jeszcze sprawdza czy aby na pewno idziemy za nim, nawet nie można skoczyć w bok i się schować. Deszcz już pada, a my wsiadamy do pojazdu  wskazanego przez „kasjera biletów”. Słyszę tylko „Chilanga?”, odpowiadam „Yes”, a on „OK”. I siedzę w busie po którym spływają strugi deszczu. Przynajmniej nie jesteśmy mokre. Siedzimy i czekamy. W głowie myśli pędzą w tę i drugą stronę niczym auta po czteropasmowej drodze. Czy aby na pewno do dobrego busa wsiadłyśmy?   Dlaczego on nie jedzie?! Czeka, aż przestanie padać?! Bez sensu, przecież inne busy jeżdżą?! I po ok. 10 min. zapaliła mi się żaróweczka. Kasia, zanim bus się nie zapełni pasażerami – nigdzie nie pojedziesz. Spoko, do kolejnego punktu dnia mamy 2 godz. może zdążymy. W tym momencie poczułam, że nie jestem u siebie. Tu panują inne warunki i zdenerwowanie nic tu nie pomoże. Nawet uswiadomienie kierowcy, że mi się spieszy, że nie mam czasu. Bo tu czas ma każdy i to pod dostatkiem. Skoro my możemy poczekać to ty również.
Mija kolejne 10 min. – stoimy, a ja patrzę jak deszcz spływa po szybach. Pół godziny za nami – szyby parują, ale też zostało tylko 5 wolnych miejsc do Chilangi. Może się uda? Nie muszę chyba wspominać, że na kolanach mam naszego wytargowanego ananasa, który hipnotyzuje mnie swoim zapachem. Jest! nasz „nawoływacz” zaprosił ostatnią osobę do busa więc możemy ruszać! Hura!!! Po 50-ciu minutach czekania na pasażerów nasz busik jedzie. Jednak  moje zmysły przeszły na najwyższe obroty. Wzrok się wyostrzył. Pamięć wyszukała najmniejsze szczegóły trasy do domu zobaczone i zapamiętane wcześniej. Nawet język przygotowany był do ewentualnego sprzeciwu w chwili gdy skręcimy w inną drogę niż w tą prowadzącą do CoH. Jadąc w świętym skupieniu nawet nie słyszałam gwaru pasażerów dochodzącego z tylnich siedzeń. Jednak udało sięJ Całe i zdrowe wróciłyśmy z naszej pierwszej wyprawy do miasta. Bogate w nowe doświadczenia. Przy następnej okazji będę brać poprawkę na czas jaki może nam zająć powrót do domuJ

I to jest ta ostatnia różnica. Nasze autobusy i kierowcy nie czekają na pasażerów. Wręcz przeciwnie, potrafią nawet zamknąć drzwi przed nosem. A tu? Proszę bardzo, nawet pomogą z zakupami. Spokojnie zapytają gdzie chcesz jechać. Nawet zaprowadzą niemalże za rączkę do odpowiedniego pojazdu. Tyle tylko szkoda, że to tak długo trwa. No i jazda „na gapę” też nie wchodzi w grę. Czasem nawet można przekonać się na własne oczy jak drogi jest im kolejny pasażer. W szczególności o „białych” „nawoływacze” potrafią się nawet pobić.
 Wyjazd do miasta publicznym środkiem transportu równa się całodniowej wyprawie Jbo nigdy nie wiesz czy trafisz na pełny czy pusty busJ



sobota, 22 października 2011

List, tak po prostu

Ciepłe deszczowe popołudnie. Koniec pracy w Office. Zmęczone próbujemy z Asią schować się przed deszczem pod jedną parasolką. Dyskretnie wyrywając ją sobie żeby jak najmniej kropli spadło na jedną z nas. Idziemy marszowym krokiem po rdzawej ziemi. Piach nie pyli – błyszczy zmoczony deszczem. Buty stają się cięższe od mokrej ziemi, która przykleja się do podeszwy. I mam wrażenie, że wcale nie idę w sportowych sandałach tylko w butach na wyprawy w góry. Ciekawe doświadczenie. Gdyby nie uczucie, że mam mokre stopy pewnie bym tak myślała. Idziemy i nagle z oddali słyszę głos s. Ryszardy - woła mnie. Krótka myśl z szybkością światła przebiegła mi przez głowę – „o co chodzi?”. Jednak nie zwracając na nią uwagi zawracamy i idziemy w stronę siostry. I co słyszę?! „ Kasia, na stole leży list do Ciebie”. LIST?!?!? Do mnie?! Zdziwiona i zszokowana, z uczuciem lekkiego  niedowierzania, jednak pełna nadziei idę po niego. I jest! A raczej są, dwa. WOW!!!! Ale od kogo?!?! Jak?!?!? Nikomu nie podawałam adresu, na blogu jeszcze go nie wstawiłam. Cóż, ci którzy je napisali znaleźli sposób na zdobycie mojego adresu. Niesiona na skrzydłach ciekawości zmierałam do domku żeby jak najszybciej zagłębić się w lekturę. I nie był ważny deszcz. Liczyły się zaklejone koperty.
Przyszły one w zbiorczej paczce na adres placówki. A dwie koperty były oznaczone moim imieniem i nazwiskiem. Kilka zdań od osób, które dowiedziały się gdzie jestem i co robię. Wiadomości co u nich słychać, kilka ciepłych zdań skierowanych do mnie i zapewnienie o modlitwie. Kartka z trafną myślą. To bardzo miłe. Taka prawdziwa niespodzianka! Drobna rzecz – a cieszy, pomaga. W takich momentach mam poczucie, że ktoś poświęcił na moją osobę uwagę, czas. To namacalny dowód, że w dobie maili, Facebooka i Skypa można napisać normalny „ papierowy list”. Fakt, minął dopiero miesiąc od mojego wyjazdu. Jednak otrzymanie listu z rodzinnego kraju i zupełnie się go nie spodziewając daje wielką radochę JJJ Nie tylko odbiorcy, ale myślę, że również tej osobie, która go pisała.
Dziękuję i zachęcam do pisania takich listów. Niekoniecznie do mnie ;) Myślę, że sporo z nas ma do kogo pisać. Może nie pamiętamy już o takiej formie komunikacji? Myślę, że warto po nią sięgnąć i wytrzeć kurz…