wtorek, 15 listopada 2011

Na dywaniku u Pani Konsul

Prędzej czy później musiało to nastąpić. Nie spodziewałam się tylko, że tak szybko:) Polskie Święto Narodowe jednych łączy, innych dzieli, niestety. Nas, Polaków mieszkających w Lusace i okolicach zdecydowanie połączyło. Przyczyniła się do tego także nasza Pani Konsul. To ona kontaktowała się  z poszczególnymi osobami i zaprosiła na polski obiad. My pojechałyśmy z naszą s. Ryszardą. W ostatnią niedzielę, po Święcie Niepodległości duża grupa Polaków spotkała się u Pani Konsul na obiedzie. Oczywiście jak przystało na polski obiad, nie zabrakło polskich dań:)  Między innymi były gołąbki i pierogi!!! Nareszcie coś bardziej "domowego":) Pani Maria to ciepła, sympatyczna  i pełna życia kobieta. Dla mnie jest niesamowita ponieważ mieszka w Zambii już ok. 47 lat!!! zna wszystkich i wszyscy ją znają. Zaskakujące również było to, że poza księżmi i siostrami zakonnymi w Lusace mieszka i pracuje sporo osób z Polski. Dobrze mieć taką świadomość, że człowiek w obcym państwie i na obcym  kontynencie nie jest sam. Myślę, że takie spotkania są dobre dla wszystkich, którzy mieszkają z dala od rodzinnego kraju. Chwała im za to, że potrafią się zorganizować i spotkać. 

 Święto Niepodległości obchodzone było również u nas, w City of Hope:)  Zdecydowanie przyczyniłyśmy się do obchodów 11 listopada:) Nie zabrakło biało-czerwonych koszulek i flagi. Nasz wygląd wzbudzał ogólne zainteresowanie:) Nie trzeba było długo czekać, na to, by wszyscy na placówce wiedzieli, że Kasia i Asia ma dziś Independence Day:)Były miłe komentarze i życzenia. Nauczyciele w szkole co chwilę pytali o nasz kraj, np.: ile lat mamy u siebie niepodległość. Gdy odpowiadałam, byli mocno zaskoczeni, ponieważ Zambia cieszy się niepodległością dopiero 47 lat.  Mówili również, że mamy bardzo ładne koszulki i żebym im je dać:)  Tak po prostu, bo są ładne. I nie wydaje mi się żeby zwracali uwagę na rozmiar:) Było przy tym sporo śmiechu:)


  Obchody Święta Niepodległości swojego kraju poza jego granicami nabiera innego charakteru. W takich chwilach patriotyzm nabiera innego znaczenia.  

sobota, 5 listopada 2011

Upalne Zaduszki

Listopad - miesiąc szczególnej pamięci o tych, którzy odeszli. Miesiąc pamięci o tych, którzy orędują za nami w niebie. To ważny czas. Nawiedzamy groby, zapalamy znicze, kładziemy kwiaty. Modlimy się za bliską osobę, której już nie ma tu na ziemi. Zamyśleni patrzymy na krzyż, tablicę nagrobkową i wyryte w niej litery niczym wspomnienia w sercu. Tępym wzrokiem czytamy imię, datę urodzin, śmierci… Dyskretnie wycieramy płynącą łzę po policzku. Zaduszki – to piękny czas. To chwila, kiedy możemy się zatrzymać, pomyśleć, zastanowić nad życiem, nad tym jak jest ulotne. Myślimy o tych, którzy jeszcze rok temu razem z nami spacerowali cmentarnymi alejkami zapatrzeni w ciepły blask maleńkich płomieni. O tym jak wspólnie rozmawialiśmy półgłosem, tak żeby nie zbudzić tych, którzy wokół nas śpią. Jak słuchaliśmy pękających szklanych zniczy niczym bańki mydlane, ulotne i kruche jak nasze życie. Nie myśl, że teraz idziesz sam. To nie prawda. Nigdy nie jesteś sam! 
Zaduszki to również czas na odwiedzanie cmentarzy w innych miastach, na które często w ciągu roku nie mamy czasu, cóż. Często te dni to pierwszy większy przymrozek jesieni dzięki któremu nie jesteśmy wstanie zapalić lampki. To oszronione chryzantemy.
W tym czasie, każdego roku przypominam sobie wierszyk, który nauczyłam się jeszcze w szkole podstawowej. To niesamowite bo cały rok o nim nie pamiętam. A w tym czasie zawsze daje znać o sobie.

” Zasnuła groby żółtawa mgiełka, we mgle migoczą blade światełka. Między grobami liście się mienią. Szeleszczą, szumią, pachną jesienią (…)”  
Tak wspominam polski Dzień Zmarłych. Tu w Zambii nie mam tego więc pamięć przywołuje znane obrazy. Pierwszy jak też drugi listopada to normalny dzień pracy. I jeśli człowiek sam nie będzie pamiętał o ważności danego dnia to szybko może o niej zapomnieć. Dzięki codziennym zajęciom może przeżyć go w błogiej nieświadomości. Sama miałam takie momenty, na szczęście krótkie. W te dni była wieczorna  Msza św. Niestety, nie obchodzona tak uroczyście jak u nas w Polsce. Byłam nawet zaskoczona, gdy zobaczyłam na niej dużo mniej osób niż w zwykłą niedzielę. O nawiedzeniu cmentarza też nie było mowy bo tu raczej ich nie ma. A jeśli są, to gdzieś daleko, o które nikt nie dba bo nie ma tu takiego zwyczaju i tradycji jak u nas. Takie chwile uświadamiają mi, że Zambia to nie Polska. Pomimo, że jestem na placówce katolickiej to widać tu inne tradycje, zwyczaje, kulturę. Zostaje mi tylko pamięć o moich bliskich zmarłych. Zapamiętany widok parafialnego cmentarza. Obraz rodzinnych grobów. Wychodząc z domu nie musiałam szukać rękawiczek bo na zewnątrz było 38 st. C w cieniu.
Inaczej, ale czy gorzej? Myślę, że nie. Taka sytuacja, gdy jesteśmy z dala od rodzinnego domu pokazuje nam, co w naszym życiu jest ważne. Pokazuje czym żyjemy. Daje nowe doświadczenie. Do nas należy to, co z tym zrobimy.




niedziela, 23 października 2011

50 min.

Mój pierwszy wyjazd do miasta bez osób, które już tam były. Wyjazd? wyprawa?! J Razem z Asią wybrałyśmy się do Lusaki w celu uzupełnienia zapasówJ A przy okazji rozejrzenia się po mieście i targu. Mnie bardzo ciekawił zambijski targ, zwykły bez pamiątek. Taki, jakich u nas w Polsce nie brak w każdym mieście i miasteczku. Jak wygląda? Jakie można znaleźć na nim towary? Jakie są ceny? I się dowiedziałam.

Ale po kolei. Z wielkim i pustym plecakiem przemierzamy zakurzony odcinek drogi łączącej naszą placówkę z główną drogą do Lusaki. Przy niej bowiem miałyśmy zamiar grzecznie stanąć i czekać na busa, który zabierze nas do Lusaki. Miałyśmy szczęście bo zbliżając się do głównej drogi zobaczył nas mężczyzna, który w owym busie „kasuje bilety”. Jest on odpowiedzialny za zapełnianie busa  ludźmi i zbieranie opłaty za przejazd. Tak jest w każdym busie. Kierowca zajmuje się tylko jazdą. Pojazd, którym przemierzać będziemy odległość z CoH do miasta i z powrotem, jest trochę specyficzny. To mały biało - niebieski bus. Jednak jak zauważyłam jest on bardzo pojemny. Znajdują się w nim cztery rzędy miejsc siedzących. Trzy czteroosobowe, przeznaczone dla pasażerów. I jeden trzyosobowy z przodu, łącznie z kierowcą. Oczywiście kierownica po prawej stronie. Czasem do tej piętnastki osób trzeba doliczyć różnego rodzaju pakunki, tobołki i dzieci. Jest ciasno i duszno. Ale jedzie i to się liczy. To takie różnice pomiędzy busem  tutaj, a autobusem w Europie. Jest jeszcze jedna, ale o niej późniejJ



Targ - szok, szok i jeszcze raz SZOOOK!!! Widok był osłupiający! Spokojnie można dostać oczopląsu! Kolorowe morze ludzi przewijających się w jedną i drugą stronę. Morze przepychających się, pchających przed sobą wózki i taczki. Niosących przeróżne towary na głowach. Nawet w ruchu pieszych obowiązuje zasada „lewej strony” więc trochę się o ludzi obijałamJ albo w ostatniej chwili schodziłam mi z drogi:) Masa sprzedawców po prawej i lewej stronie. Dorośli, mężczyźni i kobiety z dziećmi. Nawet wśród kupujących przewijały się osoby, które miały coś do sprzedania. A sprzedawali zimne napoje, mrożony sok zastępujący lody. Domowej roboty placki i nazwijmy to racuchy czy pączki, gotowane lub pieczone kolby kukurydzy oraz owoce w całości jak też krojone na cząstki. Jak sobie klient życzy. Czyli to, co może się przydać podczas długich zakupów jak również podczas długiego dnia pracy. Kocioł zapachów, aż poczułam głód, jednak na „jedzeniu wzrokiem” i pochłanianiu zapachów wolę zakończyć.


Ogrom kolorowych towarów wyłożonych  na sprzedaż. Szkoda tylko, że przeważnie na każdym z nich widniej napis „Made in China”. Sprzedawcy zachęcali do zakupu swoich towaru. Krzyki, nawoływania i płacz dzieci przeplatał się z muzyką płynącą z głośników ze stoiska muzycznego. Nawet alejki po których przemierzałyśmy targ są przewidziane do robienia zakupów bez pośpiechu. Dlaczego? bo jest w nich pełno dziur, nierówności i kamieni – o zgrozo! Chwilami widziałam ostatnie ślady wczorajszego deszczu w postaci błotka. I cóż jeszcze? śmieci, jakżeby inaczej. Można powiedzieć, że to swoisty tor przeszkód.


Znaczna część mężczyzn nie patrzyła na nas obojętnie i na każdym kroku było słuchać „ Muzungu, how are you?” albo „Where are you from?” Maiłam wrażenie, że jestem dla nich jakąś atrakcją, urozmaiceniem dnia. Fakt, później jest co opowiadać w domu J

Ciąg dalszy w następnym poście, zapraszam :)

Cd. "50 min."


Kolejnym etapem były zakupy w markecie. Kupiłyśmy to co miałyśmy w planach i spokojnie wracałyśmy do miejsca z którego odjeżdżają biało – niebieskie busy. Po drodze był mały postój na zakup ananasa. Oczywiście wyjęty z kosza, który zambijska kobieta niosła na głowie. Szybkie pytanie o cenę. Jeszcze szybsze stwierdzenie, że za drogo. Więc próba pierwszego targowania. Kobieta twardo stoi przy swojej cenie więc grzecznie podziękowałyśmy i odchodzimy. A kobieta woła za nami i zgadza się na naszą cenęJ Więc mamy pięknego dojrzałego ananasa i pierwszą udaną próbę targowaniaJ Jego zapach -to słońce i deszcz zamknięte pod kopułą zielonych wąskich liści. To niczym nie skażona natura, to spokój naturalnego wzrostu, bez sztucznej nagonki.  A tak intensywny, że chciałoby się go zjeść tu i teraz, na chodniku, z obawy, że zaraz zniknie. Zapach ten rozweselił pół naszej kuchni. A smak to jakbyś nie jadł przynajmniej przez tydzień i nagle dostał swój ulubiony posiłek. Jeśli tak można - to  sama sobie zazdroszczę, że go jadłam J Soczysty miąższ rozpływał się w  ustach, a złoty sok leciał po ręku, aż do łokcia jak małemu dziecku. PychaJ
Mamy ananasa i teraz już naprawdę szłyśmy w stronę busów, zwłaszcza, że zaczynały pojawiać się krople deszczu. A moknąć w mieście nie jest miło, szczególnie jeśli nie ma się gdzie schować. Jestem z Asią przy busach i mamy problem bo nie wiemy który z nich jedzie w naszą stronę. Pytamy się jednego i drugiego chłopaka, ale wzruszają tylko ramionami. Nie słyszeli o City of Hope. „No to ładnie :/” – myślę sobie. Nic, idziemy dalej i znowu się pytamy. Tu też podobna sytuacja, jednak chłopak pyta się w którą stronę chcemy jechać. Więc pokazujemy mu, a on na to ”Aaa, na Chilangę (jakkolwiek by to się pisałoJ), to chodźcie”. I prowadzi nas wzdłuż busów. Deszcz zaczyna coraz gęściej padać. Ja zmieszana, nie wiem czy dobrze robimy idąc za nim. U Asi w oczach widać dezorientację. A on jeszcze sprawdza czy aby na pewno idziemy za nim, nawet nie można skoczyć w bok i się schować. Deszcz już pada, a my wsiadamy do pojazdu  wskazanego przez „kasjera biletów”. Słyszę tylko „Chilanga?”, odpowiadam „Yes”, a on „OK”. I siedzę w busie po którym spływają strugi deszczu. Przynajmniej nie jesteśmy mokre. Siedzimy i czekamy. W głowie myśli pędzą w tę i drugą stronę niczym auta po czteropasmowej drodze. Czy aby na pewno do dobrego busa wsiadłyśmy?   Dlaczego on nie jedzie?! Czeka, aż przestanie padać?! Bez sensu, przecież inne busy jeżdżą?! I po ok. 10 min. zapaliła mi się żaróweczka. Kasia, zanim bus się nie zapełni pasażerami – nigdzie nie pojedziesz. Spoko, do kolejnego punktu dnia mamy 2 godz. może zdążymy. W tym momencie poczułam, że nie jestem u siebie. Tu panują inne warunki i zdenerwowanie nic tu nie pomoże. Nawet uswiadomienie kierowcy, że mi się spieszy, że nie mam czasu. Bo tu czas ma każdy i to pod dostatkiem. Skoro my możemy poczekać to ty również.
Mija kolejne 10 min. – stoimy, a ja patrzę jak deszcz spływa po szybach. Pół godziny za nami – szyby parują, ale też zostało tylko 5 wolnych miejsc do Chilangi. Może się uda? Nie muszę chyba wspominać, że na kolanach mam naszego wytargowanego ananasa, który hipnotyzuje mnie swoim zapachem. Jest! nasz „nawoływacz” zaprosił ostatnią osobę do busa więc możemy ruszać! Hura!!! Po 50-ciu minutach czekania na pasażerów nasz busik jedzie. Jednak  moje zmysły przeszły na najwyższe obroty. Wzrok się wyostrzył. Pamięć wyszukała najmniejsze szczegóły trasy do domu zobaczone i zapamiętane wcześniej. Nawet język przygotowany był do ewentualnego sprzeciwu w chwili gdy skręcimy w inną drogę niż w tą prowadzącą do CoH. Jadąc w świętym skupieniu nawet nie słyszałam gwaru pasażerów dochodzącego z tylnich siedzeń. Jednak udało sięJ Całe i zdrowe wróciłyśmy z naszej pierwszej wyprawy do miasta. Bogate w nowe doświadczenia. Przy następnej okazji będę brać poprawkę na czas jaki może nam zająć powrót do domuJ

I to jest ta ostatnia różnica. Nasze autobusy i kierowcy nie czekają na pasażerów. Wręcz przeciwnie, potrafią nawet zamknąć drzwi przed nosem. A tu? Proszę bardzo, nawet pomogą z zakupami. Spokojnie zapytają gdzie chcesz jechać. Nawet zaprowadzą niemalże za rączkę do odpowiedniego pojazdu. Tyle tylko szkoda, że to tak długo trwa. No i jazda „na gapę” też nie wchodzi w grę. Czasem nawet można przekonać się na własne oczy jak drogi jest im kolejny pasażer. W szczególności o „białych” „nawoływacze” potrafią się nawet pobić.
 Wyjazd do miasta publicznym środkiem transportu równa się całodniowej wyprawie Jbo nigdy nie wiesz czy trafisz na pełny czy pusty busJ



sobota, 22 października 2011

List, tak po prostu

Ciepłe deszczowe popołudnie. Koniec pracy w Office. Zmęczone próbujemy z Asią schować się przed deszczem pod jedną parasolką. Dyskretnie wyrywając ją sobie żeby jak najmniej kropli spadło na jedną z nas. Idziemy marszowym krokiem po rdzawej ziemi. Piach nie pyli – błyszczy zmoczony deszczem. Buty stają się cięższe od mokrej ziemi, która przykleja się do podeszwy. I mam wrażenie, że wcale nie idę w sportowych sandałach tylko w butach na wyprawy w góry. Ciekawe doświadczenie. Gdyby nie uczucie, że mam mokre stopy pewnie bym tak myślała. Idziemy i nagle z oddali słyszę głos s. Ryszardy - woła mnie. Krótka myśl z szybkością światła przebiegła mi przez głowę – „o co chodzi?”. Jednak nie zwracając na nią uwagi zawracamy i idziemy w stronę siostry. I co słyszę?! „ Kasia, na stole leży list do Ciebie”. LIST?!?!? Do mnie?! Zdziwiona i zszokowana, z uczuciem lekkiego  niedowierzania, jednak pełna nadziei idę po niego. I jest! A raczej są, dwa. WOW!!!! Ale od kogo?!?! Jak?!?!? Nikomu nie podawałam adresu, na blogu jeszcze go nie wstawiłam. Cóż, ci którzy je napisali znaleźli sposób na zdobycie mojego adresu. Niesiona na skrzydłach ciekawości zmierałam do domku żeby jak najszybciej zagłębić się w lekturę. I nie był ważny deszcz. Liczyły się zaklejone koperty.
Przyszły one w zbiorczej paczce na adres placówki. A dwie koperty były oznaczone moim imieniem i nazwiskiem. Kilka zdań od osób, które dowiedziały się gdzie jestem i co robię. Wiadomości co u nich słychać, kilka ciepłych zdań skierowanych do mnie i zapewnienie o modlitwie. Kartka z trafną myślą. To bardzo miłe. Taka prawdziwa niespodzianka! Drobna rzecz – a cieszy, pomaga. W takich momentach mam poczucie, że ktoś poświęcił na moją osobę uwagę, czas. To namacalny dowód, że w dobie maili, Facebooka i Skypa można napisać normalny „ papierowy list”. Fakt, minął dopiero miesiąc od mojego wyjazdu. Jednak otrzymanie listu z rodzinnego kraju i zupełnie się go nie spodziewając daje wielką radochę JJJ Nie tylko odbiorcy, ale myślę, że również tej osobie, która go pisała.
Dziękuję i zachęcam do pisania takich listów. Niekoniecznie do mnie ;) Myślę, że sporo z nas ma do kogo pisać. Może nie pamiętamy już o takiej formie komunikacji? Myślę, że warto po nią sięgnąć i wytrzeć kurz…

piątek, 14 października 2011

Z zebrą w tle...

Przepraszam, za małe opóźnienie…

Sobotę spędziłam jakąś godzinkę jazdy autobusem od placówki w parku o nazwie Parieze. To miejsce przeznaczone jest na rekreację dla turystów. Można tu spokojnie odpocząć na łonie natury. Posłuchać afrykańskich świerszczy i cykad. Są małe, a robią taki szum jakby się stało przy transformatorze. NiesamowiteJ Co jeszcze? Można też popływać w basenie, albo pograć w piłkę nożną. Oczywiście jest też miejsce na namiot. Teren rekreacyjny dla osób zwiedzających park jest ogrodzony. W parku bowiem żyją dzikie zwierzęta. Można tu spotkać  żyrafy, zebry, bawoły, antylopy i mnóstwo ptaków. Teren ten leży nad wodą więc mieliśmy widok na zwierzęta przychodzące do wodopoju. Widok? brak słów… To, co do tej pory widziałam tylko na zdjęciu czy na filmie przyrodniczym jest dane mi podziwiać własnym okiem… W prawie naturalnym srodowisku. Cudo… nie mogłam oderwać oczu od tych zwierzakówJ

Ognisko również wliczone jest w plan zagospodarowania przestrzeni. A także wielki ruszt na pieczenie świnki, albo innego dzikiego zwierza;) A tak poważnie to spokojnie można przyjechać większą grupą osób i świetnie spędzić dzień. Tak właśnie my zrobiliśmy. Był to wyjazd integracyjny z okazji Dnia Nauczyciela. Pojechali nasi nauczyciele z CoH, dyrektor szkoły i wolontariusze, którzy pracują w szkolnym biurze czyli ja i AsiaJ Plan był bogaty w różne atrakcje. Ale przede wszystkim na zapoznanie się i zawiązanie nowych relacji. Dla mnie był to bardzo udany dzień i jestem z niego zadowolona. Poznałam bowiem nauczycieli. Zobaczyłam jak tu, w Zambii osoby na co dzień pełniące ważne funkcje potrafią się wspólnie kulturalnie bawić. I mogę powiedzieć, że jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Nikt się nie wywyższał. Każdy był traktowany równo. Niezależnie czy był dyrektorem czy sekretarką. Ci nauczyciele potrafią się świetnie bawić, śmiać i wygłupiać. Normalnie jak dzieci. Ale potrafią też zrobić coś wspólnie. Potrafią się zgrać w dobry zespół i razem przygotować konkretną rzecz. Tak było w sobotę. W przygotowaniu posilku każdy miał swój udział. To było bardzo sympatyczne i miłe jak razem z nauczycielami przygotowywałam obiad. Jak stałam przy wielkim grillu zrobionym domowym sposobem i piekłam kurczaka J To było bardzo pouczające doświadczenie. Gotować na świeżym powietrzu, na rozżarzonych węglach, gdzieś w Afryce. Chcę więcej !!!!!!!

Obok przygotowywania obiadu był czas zabawy, gry i tańce. Oczywiście tańce przy bębnach, w afrykańskich rytmach i przy charakterystycznych dla tego kontynentu kobiecych nawoływaniach. Ci ludzie na drugie imię maja Muzyka albo Taniec... wystarczy im bęben i zaczynają tańczyć. A przy tym nie zwracają uwagi czy ktoś się na nich patrzy, obserwuje. Po prostu tańczą i zapraszają innych do tańca. Widać w nich wolność, której nam, ludziom z cywilizowanego kraju tak często brakuje... Afrykańczycy tańcem wyrażają radość, zadowolenie, a nawet się modlą. Dlatego też  Msze tutaj nie są tak sztywne jak u nas.

Gdyby ktoś był ciekawy czy ja tańczyłam, to od razu mówię, że jeszcze nie. Narazie  jestem na etapie obserwacji. Jednak zapewniam, że na nim się nie skończy J Bo muzykę mają porywającą do tańca! Tylko, że te tańce są specyficzne, których chcę się nauczyć. Osoby, które znają mnie bliżej mogą potwierdzić, że długo nie wytrzymam bez tańca J
Wracajac do naszej integracji to po obiedzie przyszedł czas na prezentyJ Otóż tu jest zwyczaj, że z okazji Dnia Nauczyciela, nauczyciele sobie nawzajem kupują prezenty. Działa to na takiej samej zasadzie jak nasze Mikolajki. Tylko tu naprawdę obowiązuje zasada anonimowości. Osoby losowaliśmy tydzień wcześniej więc był czas na ogarnięcie jakiegoś prezentu. Sekretny przyjaciel (bo tak sie nazywa) to zabawa miła i sympatyczna. Chociaż dla mnie sprawiła mały problem. Nie wiedziałam na początku czyje nazwisko widnieje na karteczce, którą wylosowałam. Nie znałam jeszcze wszystkich nauczycieli tak z imienia i nazwiska. Ale udało się J mój prezent otrzymała właściwa osoba J Ja również byłam czyimś sekretnym przyjacielem więc też dostałam miły prezentJ
Jedank na tym nie koniec. Po tej zabawie głos zabrała dyrektor szkoły, s. Agnes. Podziękowała wszystkim za ciężką pracę w szkole i nagrodziła swoich pracownikow. W ten sposób moja garderoba powiększyła się o kolejne chitengi J Jak przystało na prawdziwa afrykańska kobietę J
W ten aktywny sposób spędziłam całą sobotę. Był to czas wykorzystany na poznawanie ludzi z którymi na co dzień pracuje. Na poznawanie afrykańskiej przyrody. Na wspólną pracę, ale też na dużą dawkę dobrej zabawy. Oby takich dni było jak najwięcej J

środa, 12 października 2011

Moja chwila...

Spoglądasz czasem w niebo? Co widzisz? Granatowy dywan usiany nierównomiernie jasnymi punkcikami? Jakby ktoś specjalnie pochlapał go pędzlem z żółtą farbą… ?Czy coś tak niepojętego, że nie potrafisz uwierzyć, że to istnieje…? A może w ogóle nie interesuje Cię to, co masz nad swoją głową…? Może jesteś tak zabiegany i pochłonięty sprawami przyziemnymi, że masz przykurcze w karku i nie możesz już unieść głowy?
Może w ten właśnie sposób tracisz kolejną szansę na obserwowanie piękna… A codziennie jest ono inne… Codziennie patrz w niebo – ten widok ubogaca. Każda gwiazda to jedna ciepła myśl… Spojrzenie… Modlitwa… Westchnienie… Łza… Niebo – skarb dany nam za darmo, to prezent. Nie zmarnuj go…
Czy w Afryce niebo jest takie samo jak w Polsce? Fizycznie tak. To głęboki granat usiany jasnymi punkcikami, które na dodatek migoczą. Pięknie to wygląda. Z pozoru normalne niebo. Jak wszędzie. Konstelacje gwiazd oczywiście inne niż te widziane do tej pory, w Polsce.  Wielkiego Wozu nie ma. A licząc na  Gwiazdę Polarną nie trafię do domu, bo jej nie widać. Drogi Mlecznej też nie dostrzegam. Jak widać różnice sa. Ale to początek. Bo patrząc na księżyc mam wrażenie, że jestem w kinie i oglądam jego zdjęcia w trójwymiarze. Jakby ktoś wyjął go z dziecięcej bajki – odwrócony do góry nogami! A na dodatek świeci prosto na czubek głowy, pod kątem 90 st. Coś niesamowitego! Gdy go pierwszy raz zobaczyłam przeżyłam mały szok! Dla mnie to było coś nienaturalnego. To obraz, który przypomniał gdzie jestem, a może bardziej uświadomił…? Księżyc, tak odległy, tu wydaje sie być na wyciągniecie reki. Wielki....tajemniczy...patrzacy na ziemie oczami kraterów.

Jednak dla mnie niebo to coś więcej niż migoczące gwiazdki na granatowym tle. To zarazem delikatność i potęga… Mam wrażenie, że gdy wyciągnę rękę to dotknę je. Z drugiej zaś strony to otchłań bez dna… To poczucie ciepła bliskiej osoby i zimno ciał niebieskich… Niebo to głucha mowa, którą usłyszę tylko sercem…
Gdy wieczorem wychodzę przed domek i spoglądam w górę to mam wrażenie jakby ktoś otulał mnie miękkim a zarazem silnym ramieniem. To poczucie, że gdzieś w rodzinnym kraju są bliskie mi osoby, które może  spoglądając  w górę myślą o mnie… Patrząc w niebo wiem, że to magiczna chwila. To tak jakbyś znalazł motyla ze złamanym skrzydłem i chciał go chociaż przenieść w bezpieczne miejsce. Chcesz to zrobić najdelikatniej jak tylko potrafisz. Starając się zachować przy tym całą strukturę, nietykalność i kruchość jego  skrzydła. To chwila ważna dla Ciebie, ale i dla motyla. To chwila intymna, której nic i nikt nie może zmącić…
Takie jest moje niebo w Afryce. Wyjście na zewnątrz i spojrzenie w górę to jakby naładowanie baterii. To chwila w której mogę uśmiechać się tak po prosu, jak wariat. I nikt tego nie skomentuje. I nie będzie pytał „dlaczego?”. To mój prezent dla siebie… To lekcja wrażliwości na piękno świata, na piękno drugiego człowieka. I nie jest ważne czy ma białą czy czarną skórę. Ubrany jest w markowe ciuchy czy w porwane spodnie. Bo piękno jest w środku, w sercu…

Takie jest moje afrykańskie niebo - ważne… osobiste… To cisza w której mogę usłyszeć siebie...  w której mogę odpocząć… Tego mi nikt nie odbierze, nigdy.  To jest najbardziej fascynujące. Moje…