piątek, 6 kwietnia 2012

Wielka Noc

Kolejne Święta, które będę spędzać w Zambii. Myślami jestem blisko mojej rodziny, znajomych, kultury i tradycji z jaką związane są Święta Wielkiej Nocy. Oczywiście, Zambijczycy inaczej przeżywają czas Wielkiego Postu. Różnice, czy to  mniejsze czy większe są na każdym kroku. Jednak duch jest ten sam. Niezależnie gdzie się znajdujemy, Śmierć i Zmartwychwstanie nas dosięga.

Z tej okazji życzę, by te Święta były spędzone w atmosferze miłości do drugiego człowieka. By blask Zmartwychwstałego oświecał ciemne zakamarki naszego życia, by wlewał w nie wiarę, nadzieję i miłość. Życzę radości z faktu, że śmierć została pokonana przez Tego, który „do końca nas umiłował”.
Pozdrawiam ciepło razem z uczniami naszej szkoły:)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Strumyk i połamany fotel (I)

Każdy marzy o długim weekendzie. Ja także, zwłaszcza jak jest się zmęczonym pracą i chciałoby się odpocząć, na chwilę zmienić otoczenie, myśleć  zupełnie o czym innym. I udało się:)W Zambii Dzień Kobiet jest dniem wolnym do pracy (miło prawda?), a po nim następuje Dzień Młodych, także wolny. Biorąc dzień urlopu miałam 4 dni wolne:) co za radość:) Plan już od tygodnia był ustalony. Jedziemy do Kazdembe, na północ, do polskich Salezjanów. Nic nie szkodzi, że przed nami było 1000 kilometrów. Oczywiście w jedną stronę:) Była radość bo na miejscu mieliśmy spotkać się z Wolontariuszami z Mansy:)
Po uroczystościach związanych z obchodami Dnia Kobiet wskoczyłam z Asią do busa na dwie minuty przed planowanym odjazdem. Oczywiście nie obyło się bez uwagi kierowcy w stylu „ Muzungu i prawie się spóźniłyście” A dlaczego tak się stało? To inna historia:) Po prostu kierowca mini-busa jak na złość jechał bardzo powoli i zatrzymywał się gdzie tylko znalazł miejsce… Jednak zdążyłyśmy:)! Plecaki udało się upchać, a my zajęłyśmy nasze miejsca. Ruszyliśmy, przed nami perspektywa 16 godzin w busie, na jednym miejscu, z dwoma czy trzema postojami po 10 min. Na dwóch fotelach z czego jeden był mocno nadszarpnięty i jak się okazał długo nie dało się na nim wysiedzieć dlatego też, co jakiś czas była zmiana. Jednak myśl o odpoczynku, poznaniu nowych miejsc i spotkaniu z polskimi ludźmi dodawała nam sił. W Kazembe planowo mieliśmy być ok. 8:00 rano. Tak też było, bus nie był opóźniony jak to się często zdarza. Nic się w nim nie zepsuło, nie wylądowaliśmy w rowie, ani też żadne zwierzę nas nie zatrzymało. Owszem, tym razem wolałam nie patrzeć w przednią szybę. A to za sprawą słabej widoczności spowodowanej padającym deszczem, miejscową mgłą i brakiem drogowych świateł (wierzę, że nasz bus je miał tylko nie były włączone). Jednak przy tych wszystkich ciekawostkach nasz kierowca radził sobie doskonale i wcale nie zwracał na nie uwagi. Mknął prostą jakby odrysowaną od linijki drogą z dużą prędkością, tak z dużą.  Przez całą drogę tylko kilka razy obudziło mnie silne szarpnięcie całego busa. Jednak kurs został ponownie wyrównany i dalej oddałam się słuchaniu mężczyzny, który był zajęty  głośnym wyrażaniem swojego podziwu wobec młodej sąsiadki po drugiej stronie busa:) Wolałam nie myśleć, że widoczność sprowadza się do 3 metrów. Także zajęłam się kombinowaniem co by tu zrobić, żeby nie kapał na nas deszcz. Okazało się bowiem, że jakoś tak przecieka okno. Poradziłyśmy sobie i z tym. Jednak na mały strumyk przez środek busa nie znalazłam lekarstwa;)
W tym momencie muszę też dodać, że zastanowiła mnie jedna rzecz. W Zambii mało rzeczy jest robionych punktualnie, albo też sporo osób się spóźnia. Jednak jeśli chodzi o sprawę wyjazdu czy podróży to wszystko chodzi jak w zegarku. Każdy potrafi przyjść godzinę czy półtorej wcześniej. A jeśli jest postój w czasie drogi to faktycznie trwa on tyle, ile zarządzi kierowca. Czasem ma się dylemat czy iść do toalety czy kupić coś do jedzenia:)
16 godzin w busie, w drodze, a nadal jesteś w tym samych kraju. Przez taki długi czas można przejechać przez pół Europy:) Po drodze widziałam czym zajmują się ludzie, jak pracują, jak mija im kolejny dzień. To ciekawe. Większość mijanych miejsc po zmierzchu było już zupełnie ciemnych, bez elektryczności. Były też większe wioski czy miasteczka w których tętniło wieczorne życie wśród sklepików, barów, straganów z owocami i warzywami, a także przy prażeniu kukurydzy czy gotowaniu shimy. Oczywiście przy obowiązkowej muzyce.
Każdy postój czy tylko wymiana pasażerów wiązała się także z wymianą towarowo-pieniężną. Miejscowi ludzie wiedzą gdzie i mniej więcej o której będzie bus i czekają z tym co można sprzedać, a co się przyda w trakcie podróży. Tak więc w ciemnej małej wiosce o 23:00 można bez problemu kupić gotowane orzeszki ziemne, prażoną lub gotowaną kukurydzę, banany, pomidory, ziemniaki albo coś do picia. A czasem znajdzie się coś słodkiego:) Natomiast wczesnym rankiem widziałam jak budzi się kolejny dzień pracy, jak ludzie zbierają się w grupki i razem idą na pola. Widziałam jak kobiety sprzątają przed swoimi chatkami, jak niosą wodę z pobliskiej pompy. Mijałam dzieci z zeszytami pod pachą idące do szkoły. Nie ominął mnie także wschód słońca.

Po kilku godzinach jazdy wszyscy w busie znali nasz cel podróży. Gdy kierowca ruszał z postoju zawsze było sprawdzenie czy jesteśmy już na swoich miejscach. Po kolejnych godzinach ludzie przyzwyczajali się, że jedziemy razem z nimi i mieli odwagę rozmawiać z nami, chodzi mi tu o starsze osoby. O młodszych nie wspomnę, to oczywiste, że nie przepuszczą okazji do rozmowy z Muzungu. Oczywiście komentarze na nasz temat nie milkły przez całą drogę:)
Taka podróż jest męcząca, jednak ja lubię te zmęczenie. Wyjazd gdzieś zambijskim busem, z zambijskimi ludźmi to ciekawe i interesujące doświadczenie. Popełniłabym wielki błąd wybierając za każdym razem samochód albo narzekając na niewygody.

niedziela, 25 marca 2012

Czas

Pomimo tego, że świat jest tak skonstruowany, iż potrzebuje czasu i możliwości jego pomiaru, to każdy z nas ma swój indywidualny pomiar i obraz czasu. To, co jedna osoba nazywa jego brakiem, dla innej jest wiecznością. To, co dla niektórych jest 5 min., dla innych nic nie znaczy. W dzisiejszym świecie, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych liczy się czas. Ważne jest to, aby go jak najlepiej wykorzystać. Aby wielkie rzeczy zrobić jak najszybciej. Bo „czas to pieniądz”. Czyli tak na dobrą sprawę chodzi o pieniądze. Często nie liczy się konkretny człowiek tylko to, w jakim czasie wykonuje swoją pracę. Często prosto w twarz ktoś mu wykrzyczy, że zbyt wolno pracuje, że jest mało wydajny. Liczy się czas (pieniądz), nie człowiek. Nie liczą się jego umiejętności, zdolności. Nic więc dziwnego, że żyjemy w cywilizacji stresu, wrzodów żołądka czy przedwczesnych zawałów serca. Chwilami wydaje mi się, że cały postęp techniczny sprowadza się do tego by wyprodukować jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Przesadzam, może…?

Tutaj, w Zambii gdy pytam, kiedy ruszy bus zawsze dostaję taką samą odpowiedź – „teraz, teraz”. Ale te „teraz, teraz” często trwa 10 -15min. a czasem pół godziny. Gdy mówię, że się spieszę to mam wrażenie, że moje słowa niknął w zgiełku ludzkich nawoływań i nie spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem. Tak na dobrą sprawę to wcale nie musiałam tego mówić. Nikogo to nie rusza. Moje słowa nie sprawią, że szybciej zapełni się bus osobami, które będą chciały jechać w tę samą stronę co ja. Nie sprawią, że ludzie zmienią myślenie. Nie sprawią, że wszyscy po usłyszeniu komendy, że JA nie mam czasu będą stawać na głowie i kręcić się wokół mnie. Nic z tych rzeczy. Tutaj życie płynie swoim spokojnym rytmem. Zgodnie z naturalnym zegarkiem. I to ode mnie zależy jak będę na to reagować. Czy przyjmę rzeczywistość taką jaka jest, czy też na siłę będę chciała ją zmienić. A rezultaty i tak wszyscy wiemy jakie będą.

Wokół mnie nikt się nie spieszy, każdy ma czas na wszystko. Dlatego tylko ludzi z Europy dziwi widok śpiącego człowieka na poboczu drogi - bo był zmęczony więc odpocznie i pójdzie dalej. Albo człowieka ucinającego sobie drzemkę na taczce obok myjni samochodowej. Po co ma tracić siły na czekanie na następnego klienta skoro może ten czas wykorzystać na sen. Nikt nie zastanawia się dlaczego na trawniku po drugiej stronie ulicy, pod palmą ktoś po prostu sobie siedzi. Dziwi cię obrazek jak kobieta czy nawet mała dziewczynka potrafi cały dzień siedzieć na jednym miejscu, przy ruchliwej ulicy i sprzedawać banany czy pieczoną kukurydzę? Takie obrazki to standard i powoli mnie nie dziwią. Idziesz do kościoła na Mszę? Dlaczego nie wyjdziesz godzinę wcześniej żeby sobie porozmawiać ze znajomymi? Dlaczego uciekasz od razu po niej? Przecież po Mszy także jest dobry czas na pogawędkę. Jak widać tu są inne realia. Tu czas jest wartością innej rangi. Tutaj ludzie potrafią być dla drugiego człowieka i z drugim człowiekiem. Mają czas na zatrzymanie się i rozmowę.  Nie pędzą, nie ogłaszają naokoło, że go nie mają. Oni spacerują. Widać to choćby na chodniku. A ja już kilka razy w szkole usłyszałam, że bardzo szybko chodzę:) To biały człowiek goni. Goni czas, a zawsze będzie mu go brakować. Chwilami wydaje mi się, że tutejsi ludzie nie rozumieją słów - „nie mam czasu”, dla nich to żywa abstrakcja.


Tak, chwilami jest to denerwujące, zwłaszcza, jeśli za godzinę zaczynasz kolejne zajęcia, a w busie jesteś tylko ty i kierowca. Białego człowieka drażni to, że Zambijczycy na wszystko mają czas, że się nie spieszą. Po co przygotować wcześniej egzamin skoro jest on dopiero w następną środę? Przygotuję w poniedziałek popołudniu – to i tak lepsza wersja:) Albo kolejny przykład. Zbliża się Sylwester, w Polsce miejsca zarezerwowane są już od połowy października, jak nie wcześniej. A tutaj? Ktoś się zainteresuje w grudniu, ale większość przyjdzie zająć miejsca tydzień przed albo 2 dni przed Sylwestrem. Owszem, znajdą się też i tacy, którzy po prostu przyjdą na bal w wieczór sylwestrowy:) Denerwujące jest też to, że gdy potrzebujesz nowej żarówki to musisz się nachodzić za nią. Albo gdy woda jakimś cudem nie chce lecieć z kranu to masz wrażenie, że „pan techniczny” poszedł po nią do Wodospadów Wiktorii. 
Czas jest taki sam, jednak to od nas zależy jak go będziemy wykorzystywać. Jak będziemy nim gospodarować. Musimy nauczyć się nim cieszyć. Każda miniona sekunda już nie wróci. Nigdy nie będziemy mieli takiej samej minuty. Tutejsza rzeczywistość jest spokojniejsza, mam wrażenie, że ludzie żyją bezstresowo. Owszem, nie oznacza to, że nie mają problemów. Po prostu potrafią się cieszyć z tego co mają i nie gonią za nowościami jak my.


niedziela, 26 lutego 2012

Wolność w niebieskim ręczniku

Z daleka słyszę już potęgę męskich głosów przeplatających się z klaskaniem. Z każdym krokiem moja ciekawość i radość rośnie niczym balon wypełniany powietrzem. Wzmaga się powodując, że przyspieszam krok. W głowie zastanawiam się czym mnie dziś zaskoczą? Który zakon dziś prowadzi pieśni? Który brat nim dyryguje? Oczy tryskają radością na widok migających między drzewami kilku postaci w powiewających na porannym wietrze habitach. Wchodzę z uśmiechem na twarzy, jak głupia, do niezbyt wysokiej, czterobocznej zakonnej kaplicy. Światło swoim ciepły blaskiem zaprasza do zajęcia miejsca, a blask złoceń nie oślepia –bo ich nie ma. Na wprost ołtarz, po prawej stronie drewniane Tabernakulum. Wykonane na styl afrykański, przypominające jedną z wielu małych chatek. Czerwona lampka – obowiązkowo. Po lewej stronie ołtarza, na ścianie, namalowany znak franciszkański – dwa skrzyżowane ramiona - jedno nagie, drugie w habicie. Mam ochotę stać na środku i patrzeć, obserwować, cieszyć się tym widokiem. Myślisz może, czym się można cieszyć? Odpowiadam - widokiem 150 braci zakonnych. Zewnętrznie różniących się wzrostem, wagą, rysami twarzy, butami jakie wystają spod habitu czy różańcem wiszącym u boku. Nie każdy go posiada.  Różnią się też kolorem i krojem habitu. Jest tu mieszanka wszystkich odcieni brązu, a szarość przeplata się z granatem. Różnią się one, długością, wykończeniem, kapturem. W końcu są tu trzy zgromadzenia. To, co ich łączy to śnieżnobiały sznur, który każdy z nich ma na biodrach. Na każdym są misternie zawiązane supełki. Sznur - przypomina o czystości i dążeniu do świętości. To co ich łączy to Miłość, która ich tu przyprowadziła. To Nadzieja, Jedność.
Cieszę się, z każdej niedzielnej Mszy jaką przeżywam w tej zakonnej kaplicy. Cieszę się z każdej pieśni śpiewanej przez Braci. Nawet jeśli nie rozumiem ani jednego słowa. Każde spotkanie z nimi to lekcja wiary, skromności, pokory. Myślę, że nawet nie zdają sobie sprawy, że są tak bacznie obserwowani. Nie zdają sobie sprawy, że swoją zwyczajną, naturalną  postawą uczą. A uczeń chłonie to wszystko niczym gąbka spragniona wody, po której rośnie i przybiera właściwy kształt. We wszystkim co robią widać ich autentyczność, wiarę i miłość. Ich śpiewy wypływają z głębi, z serca. A brzmią niczym mieszanka grzmotów nadchodzącej burzy z delikatnością matczynej kołysanki. Słuchając ich, łatwo można się wzruszyć. Chwalą Boga nie tylko słowami śpiewanymi  przy weselnej muzyce, ale każdą częścią ciała. Niby zwykły chór, którego obowiązkiem jest uświetnianie liturgii. Znamy to. Jednak ten - śpiewa z miłości.  Faceci, zwykli, normalni, a potrafią bez skrępowania śpiewać całym ciałem. Potrafią modlić się tańcząc. To jest tajemnica, którą ciężko mi pojąć. Nie mają w sobie skrępowania, za to sto procent radości! Czy są „wykonani z innej gliny”? Czy to przez brązową skórę? Czy mają inne serce, duszę? Co powoduje, że są tak fascynujący, że chciałoby się przebywać z nimi cały czas? Sądzę, że to bezinteresowna miłość jaką mają do każdego w swoich sercach, a płynącą z miłości do Boga. Sądzę, że to skromność, pokora, naturalność. Zero udawania. Zero plastikowego kiczu. Sądzę, że to po prostu wolność jaką daje im wiara. Patrzę na nich i widzę to wszystko, czego brakuje nam – ludziom zachodu, cywilizacji i postępu technicznego. U nas wszystko musi być na czas, czyste, wykrochmalone. A mieszanka perfum zabija woń kadzidła. Tutaj czuć wolność afrykańskiego człowieka. Czuć dzikość „afrykańskiej piątki”. Czuć dziecięce zaufanie i wiarę. I nikomu nie przeszkadza fakt, że do wytarcia rąk, kapłan wykorzystuje zwykły, niebieski ręcznik.

Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/114299916318917234531/WolnoscWNiebieskimReczniku?authkey=Gv1sRgCNvViuyr6K2qBQ

sobota, 18 lutego 2012

Syzyfowa praca

Tak ja wcześniej pisałam, nowy rok przywitał mnie zmianami i nowymi obowiązkami. Jeśli tak zapowiada się cały rok, no to ładnie… ;) Na placówce City of Hope także czekały mnie zmiany. Zaczął się nowy rok pracy. Muszę tu przypomnieć, że w grudniu opuściło nas dwóch wolontariuszy więc ich obowiązki musiały być rozdzielone na naszą szóstkę, bo tyle w tym momencie przebywa wolontariuszy w CoH. Każdy z nas dostał jakąś część ich obowiązków. Jednak nie o tym chcę pisać. 
Do moich stałych zajęć zalicza się study time z dziewczynkami. Czyli czas na odrabianie lekcji czy pomoc w nauce. Codziennie przez półtorej godziny spotykałyśmy się na tego typu zajęciach. Do końca grudnia miałam dwie dziewczynki z 5 klasy. Były one zdolne i nie miały trudności z lekcjami. Ja ze swojej strony przygotowywałam pewne ćwiczenia, zadania. Szczególną uwagę poświęcałyśmy na takie przedmioty jak matematyka i język angielski. Dobrą rzeczą było także ćwiczenie czytania. 
W tym roku szkolnym mam 4 klasę. Są to trzy dziewczynki w wieku 13-14 lat. Ktoś pomyśli, że tylko trzy więc jest dobrze. Jednak ja mówię, że mam co robić. Czas spędzany z nimi wymaga ode mnie większego wysiłku w przygotowanie zadań jak też ćwiczy mnie w cierpliwości. I otwiera oczy na pewne sprawy. Jadąc tutaj nie sądziłam, że w czwartej klasie, w jednej ławce zobaczę dzieci w różnym wieku. Obok 9-10-latka może siedzieć 13-14-latek. Nie myślałam, że dzieciaki mogą mieć takie trudności z czytaniem czy pisaniem. Nawet nie wyobrażałam sobie, że alfabet to góra, której nie można przeskoczyć. Dziewczynki, z którymi mam zajęcia mają takie problemy. Chociaż jedna z nich w niektórych dziedzinach odstaje od reszty, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Mają problem z alfabetem. A co za tym idzie z czytaniem. Jest im ciężko napisać dany wyraz z głowy ponieważ nie wiedzą jak się go pisze. Mają problemy z matematyką. Każda z nich dodając lub odejmując stawia malutkie kreski, które na koniec podlicza. Przy każdej takiej sytuacji zastanawiam się gdzie był nauczyciel, kiedy uczył ich tych prostych zadań?! Jaką przyjął metodę nauczania, skoro dzieciom potrzeba dużo, za dużo czasu na uzupełnienie kilku krótkich zadań. Takie przykłady mogę mnożyć, niestety…
Tak, to jest smutne i serce mi się kraje gdy słucham ich nieudolnego czytania, a raczej zgadywania co to za wyraz. Gdy sprawdzam alfabet z pominiętym „l” i „r” lub gdy nie rozumieją przykładu z typu: 18 - …. = 15.
Staram się im pomóc, robię ćwiczenia,  piszemy alfabet, staram się im tłumaczyć. Jednak kiedy widzę, że kolejny raz mają trudności z odróżnieniem tysięcy od setek i kolejny raz nie wiedzą jak napisać trzycyfrową liczbę słownie to opadają mi ręce… i zaczynamy od początku. Trudność w tym wszystkim polega na tym, że te moje trzy Czekoladki nie widzą sensu uczenia się. Mam wrażenie, że im w ogóle nie zależy na tym, żeby coś umieć. Myślę, że nawet nie starają się wkładać wysiłku w zapamiętanie danego wyrazu czy zasady jak dane zadanie rozwiązać.
Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Mam teraz kolejną możliwość wykazania się cierpliwością, kreatywnością i zastanawiam się czy mi jej wystarczy :) Mogę także powiedzieć, że doskonale rozumiem częste zdenerwowanie nauczycieli w naszych polskich szkołach. Mam możliwość porównania systemu edukacyjnego jaki panuje tutaj, a jaki jest w Polsce. Różnice są ogromne! Niestety tutaj, to dzieci są poszkodowane. Siła i przyszłość narodu. Brakuje tu środków na dobrą edukację, na pomoce naukowe. A przede wszystkim brakuje motywacji by zdobywać wiedzę. Często nie ma dobrego przykładu z góry bo większość rodziców sama nie chodziła do szkoły więc nie rozumie po co ich dzieci mają chodzić. Często też, rodziców nie stać na to, by wysłać do szkoły wszystkie swoje dzieci. 

Tak więc teraz mogę powiedzieć, że zaczęła się moja misja. Skończył się okres próbny :)

Zdjęcia?- będą ... :) :) :)

sobota, 28 stycznia 2012

Sinusoida

Życie człowieka to niekończąca się sinusoida. Raz jesteś na górze, a raz na dole. Przeżywasz radość, zadowolenie, wszystko ci się układa, a za chwilę płaczesz bo masz wszystkiego dosyć. Nie rozumiesz danej sytuacji, coś nie wychodzi i masz wrażenie, że wszystkie trudności spadają TYLKO na ciebie. Spokojnie, właśnie twoja sinusoida opada na dół, ale to chwilowe, za moment znowu będziesz na górze. Życie. Jednak musimy pamiętać, że każda sytuacja niesie ze sobą coś dobrego. Każda jest z góry zaplanowana i przewidziana. Musimy tylko włożyć trochę wysiłku i zastanowić się co wynieść z niej dla siebie. Jakie ma dla nas wskazówki na przyszłość.
Nowy rok w City of Hope przywitał mnie pewnymi zmianami. Zmiany te dotyczyły szkoły jak też i samej placówki. Na przykład zmieniła się siostra odpowiedzialna za szkołę. Odeszło dwóch nauczycieli, a na ich miejscu pracuje czterech nowych. Do pracy z dziewczynkami przydzielono nową siostrę.  Nowy rok to także więcej obowiązków jakie mi przydzielono. Po miesięcznej przerwie z racji zakończenia roku szkolnego i Świąt Bożego Narodzenia, takie zmiany mogą człowieka podłamać. Raz, że po tak długiej przerwie musi na nowo wdrażać się w system jaki panował przed przerwą to jeszcze zastają go spore zmiany i dostaje nowe obowiązki. Tak, początek roku był ciężki. Musiałam przejąć nowe rzeczy, nauczyć się ich i pamiętać o nich. Nie są one trudne, jednak jest ich sporo i są drobne. Tak czy inaczej muszę o nich pamiętać i gospodarować czasem w taki sposób, żeby były zrobione wtedy, kiedy trzeba. Na przykład jestem współodpowiedzialna za przygotowanie produktów na lunch dla całej szkoły. Muszę pilnować żeby każdego dnia były w magazynie kartony z ryżem, olej, sól i mąka kukurydziana.
Styczeń w CoH to także wprowadzenie w ruch maszyny zwanej „Nowy rok szkolny”. A co za tym się kryje - dużo papierkowej roboty. To ustalanie planów lekcji i stukrotne nanoszenie na nie poprawek. To codzienne pisanie czegoś na komputerze. To wywieszanie nowych list, które wcześniej trzeba było napisać. To uzupełnianie dokumentacji. Do tego trzeba dodać to, że każdy przychodzi coś skopiować, prosi żeby coś mu podać czy napisać na komputerze. A każdy chce żebym jego prośbę spełniała w tej chwili, od razu. Miałam wrażenie, że każdy uważał, że jego „działka” za którą jest odpowiedzialny jest najważniejsza, a ja mam być na każde zawołanie. Tak jakbym pracowała tylko dla tej konkretnej osoby. A nikt nie pomyśli o tym, że w moim planie dnia są jeszcze zajęcia popołudniowe z dziećmi do którym także muszę się przygotować.
To był ciężki czas, jednak widzę, że powoli zaczyna się uspokajać. Uporałam się z nowymi obowiązkami. Wiem kiedy, co i jak. Zaczynam spokojniej oddychać. To była trudna lekcja. Moje nerwy były wystawione na dużą próbę. Często widziałam bezsens tego co robię. Chętnie daną rzecz zrobiłabym inaczej – sprawniej i szybciej. I chwilami miałam wrażenie, że ludzie tutaj nie potrafią  ułatwić sobie pewnych rzeczy. A zdanie zmieniają jak przysłowiowe rękawiczki. Dobra lekcja cierpliwości i pokory.
Tak, myślę, że przeżyłam pierwszego rodzaju kryzys. Przeżyłam i jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Przeżyłam i wiem co to znaczy otrzymać reprymendę po angielsku:) I muszę powiedzieć, że w innym języku jakoś mniej boli :):):)   Przeżyłam i mogę patrzeć z podniesionym czołem na kolejny dzień.

Nie myśl drogi Czytelniku, że jeśli wyjechałam gdzieś do Afryki to jestem z dala od problemów, trudności. Tak nie jest. Codziennie zdarzają się trudne sytuacje z którymi muszę się mierzyć. I po każdej takiej sytuacji zastanawiam się co jeszcze mnie czeka. Co mnie jeszcze tu spotka skoro wybrnęłam z tej konkretnej sytuacji. Czasem człowiek orientuje się, że wyszedł obronną ręką z danej trudności, wtedy, gdy się ona już dawno skończy. Zobaczy, że miał w sobie siłę i determinację do jej pokonania. Nawet jeśli wcześniej nie widział szans za szczęśliwe zakończenie.

niedziela, 8 stycznia 2012

Pierwszy raz

Pewnie jesteś ciekawy jak spędziłam Święta Bożego Narodzenia w Afryce, z dala od rodziny, znajomych, typowo polskich wigilijnych potraw. Może zastanawia Cię to, jak można przeżyć te ważne Święta bez takich symboli jak szopka, choinka czy bez śpiewu małych kolędników, którzy chodzą od domu do domu i ogłaszają Dobrą Nowinę. A może w ogóle nie wyobrażasz sobie jak można przeżyć ten czas bez grama śniegu czy mrozu. Chociaż w tym roku można powiedzieć, że pod tym względem Polska i Zambia niewiele się różniły :) Tak, pogoda w Zambii wcale nie zachęcała do myślenia o Bożym Narodzeniu. Było gorąco, duszno i wszędzie zielono. Ale nie chodzi o to czy jest śnieg czy go nie ma. Ważne jak Ty przeżyjesz ten czas.
Moje Boże Narodzenie było inne niż do tej pory. Spędziłam je na Czarnym Lądzie w gronie tych, którzy tak samo jak ja gdzieś w Europie zostawili swoje rodziny i znajomych. Spędziłam je w miejscu, wokół którego były chatki najbiedniejszych. A zaczęło się do tego, że z Asią pojechałyśmy, na północ Zambii do naszych dwóch dzielnych wolontariuszek – Ani i Ali. Właśnie tam mają swoją misję, wśród najuboższych dzieci Mansy. Droga do nich nie należała do przyjemności ponieważ przez dwanaście i pół godziny musiałyśmy jechać busem (w sumie to wyglądał jak nasze polskie autokary) załadowanym po brzegi. Akurat w tym busie nie przewidziano miejsca w luku bagażowym na plecaki, torby, worki, skrzynki, zakupy itd. Wszystko miało się zmieścić w środku między, pod, nad fotelami. Zambijczycy, jak zauważyłam są mistrzami w pakowaniu. Tak czy inaczej droga była męcząca, ale bardzo ciekawa. Poznałam kolejne punkty zambijskiej kultury:) Jechałyśmy nocą więc widoczność miałam w naturalny sposób ograniczoną:)
Moje Święta wyglądały inaczej, ale nie gorzej – przynajmniej w moim odczuciu. Do wigilijnego stołu usiadłam ze wszystkimi wolontariuszami z Mansy. Była europejska mieszanka kultur i tradycji. Dzieliłam się opłatkiem z osobami z Polski, Austrii i Belgii. Modliłam się z wierzącymi i niewierzącymi (dziwnie brzmi, ale cóż) Jednak dania wigilijne były bardziej polskie z zabarwieniem austriacko - belgijsko - zambijskim:) Każdy miał wkład w przygotowanie Wigilii. Nie zabrakło pierogów z kapustą i polskimi grzybami. Były też uszka i krokiety z grzybami z buszu. Furorę zrobił kompot z suszonych owoców szarlotka i czekoladowy blok. A przesolona tradycyjna austriacka potrawa na długo zostanie w mojej pamięci:) Pierwszy raz piłam na Wigilii belgijską gorącą czekoladę i chyba za rok będzie mi jej brakować:) Była pyszna:)



To były ważne dni i dużo mi pokazały. Pierwszy raz byłam tak daleko od rodziny, a zarazem tak blisko. Pierwszy raz brakował mi typowo świątecznej aury. Pierwszy raz kolację wigilijną zjadłam w tak ciekawym towarzystwie i na dworze pod zielonym drzewem. Pierwszy raz składałam rodzinie życzenia bożonarodzeniowe przez telefon. Pierwszy raz w dzień Wigilii o 13.30 byłam po wszystkich przygotowaniach i czekałam z kubeczkiem herbaty właśnie na Wigilię. Pierwszy raz byłam na Pasterce, która zaczęła się o 19.00. Odprawiana była w języku bemba, a zamiast kazania były Jasełka. Zgadza się, dużo różnic. Jednak myśl przewodnia ta sama. Czy tęskniłam? Tak, tęskniłam i łezka spłynęła po policzku gdy pierwszy raz usłyszałam dźwięk łamiącego się w mojej dłoni opłatka. Jednak była to inna tęsknota bo dookoła niej unosiła się radość z tego faktu, że jestem tu, gdzie chciałam być. Boże Narodzenie spędziłam w gronie osób, które dzieliły taki sam los jak ja.


To była ważna lekcja życia z której zapamiętam dużo. Jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Poznałam ważność osób z jakimi spędza się ten czas, a nie ilość i wykwintność dań jakie stoją na świątecznym stole. Poznałam, że dla Zambijczyków ważne jest spotkanie z Nowonarodzonym Panem na Mszy Świętej w dzień Bożego Narodzenia. Dla nich to jest Święto i do tej Mszy przygotowują się pieczołowicie, to kwintesencja Świąt. Dla nich Boże Narodzenie to Msza Święta. Poznałam, że ważniejszy jest uśmiech, uścisk dłoni, ciepłe słowo czy kartka z życzeniami od góry prezentów.

Tak przeżyłam moje Boże Narodzenie w Zambii. Dziękuję wszystkim, którzy w tym czasie myśleli o mnie i mnie wspominali. Może dzięki Wam, Waszym ciepłym myślom i modlitwom czerpałam radość z tego, że właśnie w ten sposób spędziłam i przeżyłam te Święta.