niedziela, 26 lutego 2012

Wolność w niebieskim ręczniku

Z daleka słyszę już potęgę męskich głosów przeplatających się z klaskaniem. Z każdym krokiem moja ciekawość i radość rośnie niczym balon wypełniany powietrzem. Wzmaga się powodując, że przyspieszam krok. W głowie zastanawiam się czym mnie dziś zaskoczą? Który zakon dziś prowadzi pieśni? Który brat nim dyryguje? Oczy tryskają radością na widok migających między drzewami kilku postaci w powiewających na porannym wietrze habitach. Wchodzę z uśmiechem na twarzy, jak głupia, do niezbyt wysokiej, czterobocznej zakonnej kaplicy. Światło swoim ciepły blaskiem zaprasza do zajęcia miejsca, a blask złoceń nie oślepia –bo ich nie ma. Na wprost ołtarz, po prawej stronie drewniane Tabernakulum. Wykonane na styl afrykański, przypominające jedną z wielu małych chatek. Czerwona lampka – obowiązkowo. Po lewej stronie ołtarza, na ścianie, namalowany znak franciszkański – dwa skrzyżowane ramiona - jedno nagie, drugie w habicie. Mam ochotę stać na środku i patrzeć, obserwować, cieszyć się tym widokiem. Myślisz może, czym się można cieszyć? Odpowiadam - widokiem 150 braci zakonnych. Zewnętrznie różniących się wzrostem, wagą, rysami twarzy, butami jakie wystają spod habitu czy różańcem wiszącym u boku. Nie każdy go posiada.  Różnią się też kolorem i krojem habitu. Jest tu mieszanka wszystkich odcieni brązu, a szarość przeplata się z granatem. Różnią się one, długością, wykończeniem, kapturem. W końcu są tu trzy zgromadzenia. To, co ich łączy to śnieżnobiały sznur, który każdy z nich ma na biodrach. Na każdym są misternie zawiązane supełki. Sznur - przypomina o czystości i dążeniu do świętości. To co ich łączy to Miłość, która ich tu przyprowadziła. To Nadzieja, Jedność.
Cieszę się, z każdej niedzielnej Mszy jaką przeżywam w tej zakonnej kaplicy. Cieszę się z każdej pieśni śpiewanej przez Braci. Nawet jeśli nie rozumiem ani jednego słowa. Każde spotkanie z nimi to lekcja wiary, skromności, pokory. Myślę, że nawet nie zdają sobie sprawy, że są tak bacznie obserwowani. Nie zdają sobie sprawy, że swoją zwyczajną, naturalną  postawą uczą. A uczeń chłonie to wszystko niczym gąbka spragniona wody, po której rośnie i przybiera właściwy kształt. We wszystkim co robią widać ich autentyczność, wiarę i miłość. Ich śpiewy wypływają z głębi, z serca. A brzmią niczym mieszanka grzmotów nadchodzącej burzy z delikatnością matczynej kołysanki. Słuchając ich, łatwo można się wzruszyć. Chwalą Boga nie tylko słowami śpiewanymi  przy weselnej muzyce, ale każdą częścią ciała. Niby zwykły chór, którego obowiązkiem jest uświetnianie liturgii. Znamy to. Jednak ten - śpiewa z miłości.  Faceci, zwykli, normalni, a potrafią bez skrępowania śpiewać całym ciałem. Potrafią modlić się tańcząc. To jest tajemnica, którą ciężko mi pojąć. Nie mają w sobie skrępowania, za to sto procent radości! Czy są „wykonani z innej gliny”? Czy to przez brązową skórę? Czy mają inne serce, duszę? Co powoduje, że są tak fascynujący, że chciałoby się przebywać z nimi cały czas? Sądzę, że to bezinteresowna miłość jaką mają do każdego w swoich sercach, a płynącą z miłości do Boga. Sądzę, że to skromność, pokora, naturalność. Zero udawania. Zero plastikowego kiczu. Sądzę, że to po prostu wolność jaką daje im wiara. Patrzę na nich i widzę to wszystko, czego brakuje nam – ludziom zachodu, cywilizacji i postępu technicznego. U nas wszystko musi być na czas, czyste, wykrochmalone. A mieszanka perfum zabija woń kadzidła. Tutaj czuć wolność afrykańskiego człowieka. Czuć dzikość „afrykańskiej piątki”. Czuć dziecięce zaufanie i wiarę. I nikomu nie przeszkadza fakt, że do wytarcia rąk, kapłan wykorzystuje zwykły, niebieski ręcznik.

Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/114299916318917234531/WolnoscWNiebieskimReczniku?authkey=Gv1sRgCNvViuyr6K2qBQ

sobota, 18 lutego 2012

Syzyfowa praca

Tak ja wcześniej pisałam, nowy rok przywitał mnie zmianami i nowymi obowiązkami. Jeśli tak zapowiada się cały rok, no to ładnie… ;) Na placówce City of Hope także czekały mnie zmiany. Zaczął się nowy rok pracy. Muszę tu przypomnieć, że w grudniu opuściło nas dwóch wolontariuszy więc ich obowiązki musiały być rozdzielone na naszą szóstkę, bo tyle w tym momencie przebywa wolontariuszy w CoH. Każdy z nas dostał jakąś część ich obowiązków. Jednak nie o tym chcę pisać. 
Do moich stałych zajęć zalicza się study time z dziewczynkami. Czyli czas na odrabianie lekcji czy pomoc w nauce. Codziennie przez półtorej godziny spotykałyśmy się na tego typu zajęciach. Do końca grudnia miałam dwie dziewczynki z 5 klasy. Były one zdolne i nie miały trudności z lekcjami. Ja ze swojej strony przygotowywałam pewne ćwiczenia, zadania. Szczególną uwagę poświęcałyśmy na takie przedmioty jak matematyka i język angielski. Dobrą rzeczą było także ćwiczenie czytania. 
W tym roku szkolnym mam 4 klasę. Są to trzy dziewczynki w wieku 13-14 lat. Ktoś pomyśli, że tylko trzy więc jest dobrze. Jednak ja mówię, że mam co robić. Czas spędzany z nimi wymaga ode mnie większego wysiłku w przygotowanie zadań jak też ćwiczy mnie w cierpliwości. I otwiera oczy na pewne sprawy. Jadąc tutaj nie sądziłam, że w czwartej klasie, w jednej ławce zobaczę dzieci w różnym wieku. Obok 9-10-latka może siedzieć 13-14-latek. Nie myślałam, że dzieciaki mogą mieć takie trudności z czytaniem czy pisaniem. Nawet nie wyobrażałam sobie, że alfabet to góra, której nie można przeskoczyć. Dziewczynki, z którymi mam zajęcia mają takie problemy. Chociaż jedna z nich w niektórych dziedzinach odstaje od reszty, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Mają problem z alfabetem. A co za tym idzie z czytaniem. Jest im ciężko napisać dany wyraz z głowy ponieważ nie wiedzą jak się go pisze. Mają problemy z matematyką. Każda z nich dodając lub odejmując stawia malutkie kreski, które na koniec podlicza. Przy każdej takiej sytuacji zastanawiam się gdzie był nauczyciel, kiedy uczył ich tych prostych zadań?! Jaką przyjął metodę nauczania, skoro dzieciom potrzeba dużo, za dużo czasu na uzupełnienie kilku krótkich zadań. Takie przykłady mogę mnożyć, niestety…
Tak, to jest smutne i serce mi się kraje gdy słucham ich nieudolnego czytania, a raczej zgadywania co to za wyraz. Gdy sprawdzam alfabet z pominiętym „l” i „r” lub gdy nie rozumieją przykładu z typu: 18 - …. = 15.
Staram się im pomóc, robię ćwiczenia,  piszemy alfabet, staram się im tłumaczyć. Jednak kiedy widzę, że kolejny raz mają trudności z odróżnieniem tysięcy od setek i kolejny raz nie wiedzą jak napisać trzycyfrową liczbę słownie to opadają mi ręce… i zaczynamy od początku. Trudność w tym wszystkim polega na tym, że te moje trzy Czekoladki nie widzą sensu uczenia się. Mam wrażenie, że im w ogóle nie zależy na tym, żeby coś umieć. Myślę, że nawet nie starają się wkładać wysiłku w zapamiętanie danego wyrazu czy zasady jak dane zadanie rozwiązać.
Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Mam teraz kolejną możliwość wykazania się cierpliwością, kreatywnością i zastanawiam się czy mi jej wystarczy :) Mogę także powiedzieć, że doskonale rozumiem częste zdenerwowanie nauczycieli w naszych polskich szkołach. Mam możliwość porównania systemu edukacyjnego jaki panuje tutaj, a jaki jest w Polsce. Różnice są ogromne! Niestety tutaj, to dzieci są poszkodowane. Siła i przyszłość narodu. Brakuje tu środków na dobrą edukację, na pomoce naukowe. A przede wszystkim brakuje motywacji by zdobywać wiedzę. Często nie ma dobrego przykładu z góry bo większość rodziców sama nie chodziła do szkoły więc nie rozumie po co ich dzieci mają chodzić. Często też, rodziców nie stać na to, by wysłać do szkoły wszystkie swoje dzieci. 

Tak więc teraz mogę powiedzieć, że zaczęła się moja misja. Skończył się okres próbny :)

Zdjęcia?- będą ... :) :) :)

sobota, 28 stycznia 2012

Sinusoida

Życie człowieka to niekończąca się sinusoida. Raz jesteś na górze, a raz na dole. Przeżywasz radość, zadowolenie, wszystko ci się układa, a za chwilę płaczesz bo masz wszystkiego dosyć. Nie rozumiesz danej sytuacji, coś nie wychodzi i masz wrażenie, że wszystkie trudności spadają TYLKO na ciebie. Spokojnie, właśnie twoja sinusoida opada na dół, ale to chwilowe, za moment znowu będziesz na górze. Życie. Jednak musimy pamiętać, że każda sytuacja niesie ze sobą coś dobrego. Każda jest z góry zaplanowana i przewidziana. Musimy tylko włożyć trochę wysiłku i zastanowić się co wynieść z niej dla siebie. Jakie ma dla nas wskazówki na przyszłość.
Nowy rok w City of Hope przywitał mnie pewnymi zmianami. Zmiany te dotyczyły szkoły jak też i samej placówki. Na przykład zmieniła się siostra odpowiedzialna za szkołę. Odeszło dwóch nauczycieli, a na ich miejscu pracuje czterech nowych. Do pracy z dziewczynkami przydzielono nową siostrę.  Nowy rok to także więcej obowiązków jakie mi przydzielono. Po miesięcznej przerwie z racji zakończenia roku szkolnego i Świąt Bożego Narodzenia, takie zmiany mogą człowieka podłamać. Raz, że po tak długiej przerwie musi na nowo wdrażać się w system jaki panował przed przerwą to jeszcze zastają go spore zmiany i dostaje nowe obowiązki. Tak, początek roku był ciężki. Musiałam przejąć nowe rzeczy, nauczyć się ich i pamiętać o nich. Nie są one trudne, jednak jest ich sporo i są drobne. Tak czy inaczej muszę o nich pamiętać i gospodarować czasem w taki sposób, żeby były zrobione wtedy, kiedy trzeba. Na przykład jestem współodpowiedzialna za przygotowanie produktów na lunch dla całej szkoły. Muszę pilnować żeby każdego dnia były w magazynie kartony z ryżem, olej, sól i mąka kukurydziana.
Styczeń w CoH to także wprowadzenie w ruch maszyny zwanej „Nowy rok szkolny”. A co za tym się kryje - dużo papierkowej roboty. To ustalanie planów lekcji i stukrotne nanoszenie na nie poprawek. To codzienne pisanie czegoś na komputerze. To wywieszanie nowych list, które wcześniej trzeba było napisać. To uzupełnianie dokumentacji. Do tego trzeba dodać to, że każdy przychodzi coś skopiować, prosi żeby coś mu podać czy napisać na komputerze. A każdy chce żebym jego prośbę spełniała w tej chwili, od razu. Miałam wrażenie, że każdy uważał, że jego „działka” za którą jest odpowiedzialny jest najważniejsza, a ja mam być na każde zawołanie. Tak jakbym pracowała tylko dla tej konkretnej osoby. A nikt nie pomyśli o tym, że w moim planie dnia są jeszcze zajęcia popołudniowe z dziećmi do którym także muszę się przygotować.
To był ciężki czas, jednak widzę, że powoli zaczyna się uspokajać. Uporałam się z nowymi obowiązkami. Wiem kiedy, co i jak. Zaczynam spokojniej oddychać. To była trudna lekcja. Moje nerwy były wystawione na dużą próbę. Często widziałam bezsens tego co robię. Chętnie daną rzecz zrobiłabym inaczej – sprawniej i szybciej. I chwilami miałam wrażenie, że ludzie tutaj nie potrafią  ułatwić sobie pewnych rzeczy. A zdanie zmieniają jak przysłowiowe rękawiczki. Dobra lekcja cierpliwości i pokory.
Tak, myślę, że przeżyłam pierwszego rodzaju kryzys. Przeżyłam i jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Przeżyłam i wiem co to znaczy otrzymać reprymendę po angielsku:) I muszę powiedzieć, że w innym języku jakoś mniej boli :):):)   Przeżyłam i mogę patrzeć z podniesionym czołem na kolejny dzień.

Nie myśl drogi Czytelniku, że jeśli wyjechałam gdzieś do Afryki to jestem z dala od problemów, trudności. Tak nie jest. Codziennie zdarzają się trudne sytuacje z którymi muszę się mierzyć. I po każdej takiej sytuacji zastanawiam się co jeszcze mnie czeka. Co mnie jeszcze tu spotka skoro wybrnęłam z tej konkretnej sytuacji. Czasem człowiek orientuje się, że wyszedł obronną ręką z danej trudności, wtedy, gdy się ona już dawno skończy. Zobaczy, że miał w sobie siłę i determinację do jej pokonania. Nawet jeśli wcześniej nie widział szans za szczęśliwe zakończenie.

niedziela, 8 stycznia 2012

Pierwszy raz

Pewnie jesteś ciekawy jak spędziłam Święta Bożego Narodzenia w Afryce, z dala od rodziny, znajomych, typowo polskich wigilijnych potraw. Może zastanawia Cię to, jak można przeżyć te ważne Święta bez takich symboli jak szopka, choinka czy bez śpiewu małych kolędników, którzy chodzą od domu do domu i ogłaszają Dobrą Nowinę. A może w ogóle nie wyobrażasz sobie jak można przeżyć ten czas bez grama śniegu czy mrozu. Chociaż w tym roku można powiedzieć, że pod tym względem Polska i Zambia niewiele się różniły :) Tak, pogoda w Zambii wcale nie zachęcała do myślenia o Bożym Narodzeniu. Było gorąco, duszno i wszędzie zielono. Ale nie chodzi o to czy jest śnieg czy go nie ma. Ważne jak Ty przeżyjesz ten czas.
Moje Boże Narodzenie było inne niż do tej pory. Spędziłam je na Czarnym Lądzie w gronie tych, którzy tak samo jak ja gdzieś w Europie zostawili swoje rodziny i znajomych. Spędziłam je w miejscu, wokół którego były chatki najbiedniejszych. A zaczęło się do tego, że z Asią pojechałyśmy, na północ Zambii do naszych dwóch dzielnych wolontariuszek – Ani i Ali. Właśnie tam mają swoją misję, wśród najuboższych dzieci Mansy. Droga do nich nie należała do przyjemności ponieważ przez dwanaście i pół godziny musiałyśmy jechać busem (w sumie to wyglądał jak nasze polskie autokary) załadowanym po brzegi. Akurat w tym busie nie przewidziano miejsca w luku bagażowym na plecaki, torby, worki, skrzynki, zakupy itd. Wszystko miało się zmieścić w środku między, pod, nad fotelami. Zambijczycy, jak zauważyłam są mistrzami w pakowaniu. Tak czy inaczej droga była męcząca, ale bardzo ciekawa. Poznałam kolejne punkty zambijskiej kultury:) Jechałyśmy nocą więc widoczność miałam w naturalny sposób ograniczoną:)
Moje Święta wyglądały inaczej, ale nie gorzej – przynajmniej w moim odczuciu. Do wigilijnego stołu usiadłam ze wszystkimi wolontariuszami z Mansy. Była europejska mieszanka kultur i tradycji. Dzieliłam się opłatkiem z osobami z Polski, Austrii i Belgii. Modliłam się z wierzącymi i niewierzącymi (dziwnie brzmi, ale cóż) Jednak dania wigilijne były bardziej polskie z zabarwieniem austriacko - belgijsko - zambijskim:) Każdy miał wkład w przygotowanie Wigilii. Nie zabrakło pierogów z kapustą i polskimi grzybami. Były też uszka i krokiety z grzybami z buszu. Furorę zrobił kompot z suszonych owoców szarlotka i czekoladowy blok. A przesolona tradycyjna austriacka potrawa na długo zostanie w mojej pamięci:) Pierwszy raz piłam na Wigilii belgijską gorącą czekoladę i chyba za rok będzie mi jej brakować:) Była pyszna:)



To były ważne dni i dużo mi pokazały. Pierwszy raz byłam tak daleko od rodziny, a zarazem tak blisko. Pierwszy raz brakował mi typowo świątecznej aury. Pierwszy raz kolację wigilijną zjadłam w tak ciekawym towarzystwie i na dworze pod zielonym drzewem. Pierwszy raz składałam rodzinie życzenia bożonarodzeniowe przez telefon. Pierwszy raz w dzień Wigilii o 13.30 byłam po wszystkich przygotowaniach i czekałam z kubeczkiem herbaty właśnie na Wigilię. Pierwszy raz byłam na Pasterce, która zaczęła się o 19.00. Odprawiana była w języku bemba, a zamiast kazania były Jasełka. Zgadza się, dużo różnic. Jednak myśl przewodnia ta sama. Czy tęskniłam? Tak, tęskniłam i łezka spłynęła po policzku gdy pierwszy raz usłyszałam dźwięk łamiącego się w mojej dłoni opłatka. Jednak była to inna tęsknota bo dookoła niej unosiła się radość z tego faktu, że jestem tu, gdzie chciałam być. Boże Narodzenie spędziłam w gronie osób, które dzieliły taki sam los jak ja.


To była ważna lekcja życia z której zapamiętam dużo. Jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Poznałam ważność osób z jakimi spędza się ten czas, a nie ilość i wykwintność dań jakie stoją na świątecznym stole. Poznałam, że dla Zambijczyków ważne jest spotkanie z Nowonarodzonym Panem na Mszy Świętej w dzień Bożego Narodzenia. Dla nich to jest Święto i do tej Mszy przygotowują się pieczołowicie, to kwintesencja Świąt. Dla nich Boże Narodzenie to Msza Święta. Poznałam, że ważniejszy jest uśmiech, uścisk dłoni, ciepłe słowo czy kartka z życzeniami od góry prezentów.

Tak przeżyłam moje Boże Narodzenie w Zambii. Dziękuję wszystkim, którzy w tym czasie myśleli o mnie i mnie wspominali. Może dzięki Wam, Waszym ciepłym myślom i modlitwom czerpałam radość z tego, że właśnie w ten sposób spędziłam i przeżyłam te Święta.

środa, 21 grudnia 2011

Boże Narodzenie 2011

Kochani, z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, by ten Radosny Czas był przeżyty z pełną świadomością, tego, co dokonało się ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem. Życzę, by Boża Dziecina rodziła się w Waszych sercach każdego dnia Nowego Roku wlewając w nie wiarę, nadzieję i miłości.



Magia Świąt

Jest 21 grudnia 2011 roku. Mijają trzy miesiące mojego pobytu w Zambii. Za trzy dni Wigilia i Boże Narodzenie. Za półtora tygodnia koniec roku i Sylwester. Od ponad miesiąca w mieście widać świąteczne ozdoby, w sklepach stoją dmuchane postacie Św. Mikołaja, nad głowami wiszą bombki i łańcuchy, a sztuczne choinki można kupić na każdym rogu ulicy. Widziałam nawet szopkę. W Afryce takie rzeczy dziwnie wyglądają, jakby nie pasują do tego kontynentu i do tych ludzi. Wszędzie pełno kupujących, a ich rozmowy mieszają się z angielskimi świątecznymi piosenkami. Na półkach sklepowych pojawiły się już 2 tyg. temu świąteczne ciasta nafaszerowane rodzynkami niczym jeż swoimi igłami. Torty natomiast wyglądają jakby malowały je dzieci - mają bajeczne kolory i napis „ Merry Christmas”. Nawet nie chcę wiedzieć jak to smakuje J Widać teraz jak dużo obcokrajowców mieszka w Lusace. Jeżdżą z pełnymi wózkami po sklepach i mam wrażenie, że nie jestem w zambijskim mieście tylko arabskim albo amerykańskim. Jestem zaskoczona widokiem tylu białych twarzy:) Tak wyglądają przygotowania do Świąt w Lusace. Jak widać w tej kwestii niczym się nie różnią od tych w Europie czy w Polsce. I tutaj ludzie biegają i robią zakupy. Różnica polega na tym, że w Zambii jest ciepło, świeci słońce, kwitną kwiaty, a na drzewach dojrzewa mango, banany czy pomarańcze.

Zwykli normalni ludzie w Zambii raczej nie kupują choinki. Częściej można ją spotkać u tych, którzy mają większą styczność z kulturą europejską. A prezenty, jakie robią sobie nawzajem, są małe. Jeśli kogoś nie stać, to daje samą świąteczną kartkę. Nie ma też zwyczaju wigilijnej kolacji. Przy uroczystym posiłku zambijska rodzina spotka się w dzień Bożego Narodzenia. Tych, których stać, zjedzą ją w restauracji i będzie trwać długo. Inni zostaną domach i tam będą świętować. Święta w Zambii to czas na spotkanie z rodziną i przyjaciółmi. To lepszy posiłek, z większą ilością mięsa i możliwość założenia lepszego ubrania. Boże Narodzenie to także dobry czas by wyjść potańczyć.

Tegoroczne Święta będą dla mnie inne niż do tej pory. Spędzę je z dala od rodziny, przyjaciół, znajomych. Nie podzielę się z nimi opłatkiem i nie pośpiewam kolęd. Nie spróbuję karpia czy makowca. A za oknem nie będzie nawet najmniejszych szans choćby na jeden płatek śniegu. Będzie to  nowe doświadczenie, z innymi ludźmi, tradycjami czy jedzeniem. Nie sądzę jednak żeby te Święta były gorsze od innych, będą po prostu inne. Jednak istota pozostaje taka sama. W każdym zakątku świata Boże Narodzenie jest takie same i to jest najważniejsze. Tego chcę się trzymać. Na pewno przyjdzie moment, kiedy w oku zakręci się łezka tęsknoty. Pamięć przywoła znane świąteczne obrazy. I na pewno będę się zastanawiać czy i w tym roku do mojego rodzinnego domu zapuka Św. Mikołaj :) a Tata znowu go nie zobaczy :)

Jest 21 grudnia 2011 roku. Za trzy dni Święta Bożego Narodzenia. Wszędzie świąteczne ozdoby, piosenki i przygotowywania. A ja w tym wszystkim jakby obok, jakby to, co się dzieje, mnie nie dotyczyło. Rozum mówi mi, że zbliża się czas Świąt, serce jednak do końca tego nie czuje. Może dlatego, że za oknem jest 30 stopni ciepła, jest zielono, kwitną kwiaty, a wzdłuż każdej ulicy ludzie sprzedają owoce? Może dlatego, że Święta kojarzą mi się z ponurymi dniami, śniegiem i czerwonym nosem od mrozu? Może też cały czas czekam na ten śnieg i mróz, a wraz z tym na Boże Narodzenie? I mam wrażenie, że to dopiero ciepłe wakacje, a do Świąt jeszcze pół roku.
Widzę, że jest to czas, kiedy człowiek szybko może zatracić całą istotę tego Ważnego Czasu. Jeśli sam sobie nie postawi pewnych wymagań, postanowień to przeżyje ten czas w błogiej nieświadomości nastawionej na zwykły konsumpcjonizm. Ja się na to nie piszę! :)

Jest 21 grudnia 2011 roku, za trzy dni będzie Wigilia i Boże Narodzenie!!! :):):)Nowa lekcja z której chcę zapamiętać jak najwięcej.

niedziela, 11 grudnia 2011

Muzungu !

Tak, jestem „Biała”, jestem” Muzungu”, jestem „White Woman”, jakby na to nie patrzeć to wszystko prawda – Jestem… To określenia, które najczęściej pojawiają się na ustach Zambijczyków. Bez słowa nie potrafią przejść obok mnie. Niezauważona nie dam rady prześliznąć się między budkami czy stoiskami. Dotyczy to młodych chłopaków, mężczyzn będących pod wpływem napojów alkoholowych; staruszków, którym nudzi się siedzieć cały dzień na chodniku, targu czy pod sklepem. Mijam ich reagując na zaczepki uśmiechem, pomachaniem ręką czy krótkim wesołym komentarzem, albo odpowiedzią na ich pytania. Tak, to jest miłe. Chociaż chwilami mam dosyć odpowiadać 50-ty raz na to samo pytanie. W sumie nie jest łatwo schować się białej osobie w tłumie ludzi o ciemnej karnacji:)  Miło, kiedy ktoś pyta skąd jestem, na ile przyjechałam do Lusaki, co robię. Miłe i często bardzo pomocne jest zainteresowanie chłopaków, którzy są odpowiedzialni za zapełnienie busa. Pomagają znaleźć ten odpowiedni, ten który jedzie tam gdzie chcę. Bez nich czasem podróż zajmowałaby więcej czasu. Nie podoba mi się to, że mogą się o mnie jako klienta, pobić, ale cóż – biznes jest biznes:)  Ciężko osobie białej przejść niezauważonej między innymi. Tutaj każdy widzi pieniądze, nie człowieka, który różni się tylko kolorem skóry. Co z tego, że jestem młoda, że jestem kobietą, wolontariuszem. Dla nich liczy się tylko to, że może coś od nich kupię. A w ogóle nie rozumieją, kiedy mówię, że nie mam pieniędzy. Trzeba się do tego przyzwyczaić i nie reagować nerwowo. Duża dawka humoru jest tu bardzo wskazana:)
Jak na razie męczy mnie jedna rzecz i nie wiem czy tak szybko się do tego przyzwyczaję. Biały człowiek jest stawiany ponad innych, wyżej. Nie ważne czy jesteś zwykłym turystą czy kimś, kto tutaj pracuje i ma wysokie stanowisko. To się nie liczy, przynajmniej ja mam takie odczucie. Jesteś biały więc to TY będziesz obsłużony lepiej, jako pierwszy. To nie ważne, że dookoła są sami Zambijczycy, że to ich kraj. Przytoczę tu pewną sytuację, która dotyczy mnie i tego o czym piszę. Idę z Asią na busa żeby dostać się do miasta. Na miejscu, gdzie się zatrzymują są już dwie zambijskie kobiety i też czekają. W pewnym momencie podjeżdża bus i wyskakuje z niego konduktor. Dla mnie jest sprawą oczywistą, że te dwie kobiety były wcześniej niż my i to one mają pierwszeństwo wsiąść do tego pojazdu. Zwłaszcza, że były tylko dwa wolne miejsca. Stoimy więc i czekamy na następny bus. Nagle słyszymy, że konduktor nas woła. Podchodzimy i co? to MY teraz mamy wsiąść do busa i jechać. Dla mnie nie było to przyjemne. Zostałam inaczej wychowana, a poza tym ewidentnie było widać, że tym kursem powinny pojechać osoby, które były pierwsze. Cóż, wsiadłyśmy nie rozumiejąc tego co się dzieje. Zastanawiam się czy zawołał nas z myślą zarobienia na nas? Jak się później okazało konduktor chciał wziąć od nas więcej pieniędzy niż zwykle. Oczywiście nie udało mu się to:)  
Nie rozumiem tego. Człowiek zbytnio nie chce się wyróżniać. Jestem wolontariuszem, nie dyplomatą. Chociaż z drugiej strony, jeśli zaczęliby traktować mnie tak jak innych swoich rodaków to może zostanę przy wchodzeniu do busa jako pierwsza:)