Kto by pomyślał, że na zakupy wydam 100 000...:) szkoda, że nie naszych polskich złotówek:) tylko kwachy :) tak czy inaczej w sobotę byłam na pierwszych zakupach w Lusace, w afrykańskim dużym supermarkecie. W sumie to nie wiem czy on tak do końca jest afrykański, ale jest i to się liczy:) Zaopatrzony we wszystkie produkty jakie mogą być mi potrzebne przez najbliższy rok więc Mamo, nie martw się :) Sa tu towary produkowane w Afryce, ale też bez problemu można kupić rzeczy znanych nam marek. Różnią się tylko ceną...Liczenie w setkach i tysiącach wcale nie jest takie proste, zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej nie operował takimi cyframi. Gdy weszłam do sklepu zdziwiłam się trochę bo bez problemu mogłam wziąć duży wózek na kółkach na zakupy, w sumie nie robiłam aż takich dużych zakupów, żeby nie było...;) ale małych do ręki brakowało. Cóż...po chwili już wiedziałam dlaczego nikt z nich nie korzysta, nie da się w ogóle nimi jeździć, nie słuchają się wcale...W ten oto sposób powiększę grono zwolenników małych koszyków :)
niedziela, 25 września 2011
Wybory
Jak dobrze pamiętam, to dzień przed naszym przylotem do Zambii były wybory. Liczenie głosów zajęło tu kilka dni więc byłam tu przed ogłoszeniem wyników, na które wszyscy czekali. Po krótkim wywiadzie dowiedziałam się, że Zambijczycy chcą zmiany w rządzie, chcą kogoś nowego, dlatego, gdy ogłoszenie wyników trwało zbyt długo zaczynali się niecierpliwić. Bali się, że kolejne wybory wygra ta sama osoba dzięki fałszowaniu wyników. Te napięcie dało się zauważyć. W drodze na lotnisko w centrum miasta było, tak jak u nas, sporo ludzi, normalnie. Natomiast gdy byłam na lotnisku s. Ryszarda zadzwoniła i radziła jechać inną drogą City of Hope (CoH) ponieważ może być niebezpiecznie. W drodze na placówkę centrum było jużpuste. Widziałam sporo policji, mijał nas ciężarowy samochód zapełniony żołnierzami z bronią...Z jednej strony był to widok może trochę straszny, zastanawiający, ale z drugiej nowy, ciekawy...Tak czy inaczej biała dziewczyna powinna być w takim czasie w bezpiecznym miejscu. Drugiego dnia, od wczesnego rana dało się słyszeć okrzyki ludzi, nawoływania, ciągłe klaksony i wuwuzele...Ogłosili wyniki...i były to okrzyki radości! bo wygrał ten, w którego zambijscy obywatele pokładają duże nadzieje. Więc w ten głośny sposób od samego rana wszyscy świętowali. Także dzieci w CoH nie miały lekcji z racji wyborów.
sobota, 24 września 2011
Początek
Witam z City of Hope w Lusace, stolicy Zambii :)
Jestem tu tylko trzeci dzień, a mam wrażenie, że chociażby 2 tyg...szok:)
Podróż minęła nam bez większych problemów. Piszę "nam" bo leciałam jeszcze z trzema wolontariuszkami, Asią, która jest razem ze mną w Lusace, Alą i Anią, które z Lusaki pojechały drugiego dnia dalej na północ, do Mansy. Bez problemów to raczej się nie da:) Więc tak, na samym starcie, jeszcze na Okęciu, tuż przed wejściem do samolotu okazało się, że gitara nie może lecieć...Potem we Francji dostajemy informację, że nasz lot do Nairobii jest opóźniony o ok. 50min. więc na kolejną przesiadkę mamy 1,5 godz. dużo, a zarazem mało w obcym państwie, ba! na obcym kontynencie! :) ale żeby nie było tak wesoło, to podczas ośmiogodzinnego lotu do Nairobii uświadomiłyśmy sobie, że w Kenii jest zmiana czasu więc mamy na odprawę pół godz....peszek, więc w biegu szukamy odpowiedniej bramki. I udało się:) Każdy z obsługi na lotnisku w Nairobii, kto usłyszał "Lusaka, Lusaka" przepuszczał nas:) i takim sposobem zdąrzyłyśmy na ostatni tego dnia samolot do Zambii:) Na lotnisku w Lusace czekał na nas ks. Kazimierz, czekał...bo musiałyśmy wykupić wizę, a tu nie załatwia się takich spraw szybko, trzeba odpowiedzieć na masę pytań, zrobić zdjęcie i jeszcze zeskanować linie papliarne lewej dłoni z uwzględnieniem lewego kciuka:) Ale udało się:) Potem nie było tak wesoło bo okazało się, że nasze bagaże z racji opóźnienia nie doleciały do Lusaki więc zaczęło się zgłaszanie, jaki był bagaż, kolor, materiał itp...a ks. Kaziu czekał...a nas jest cztery...:) przy każdej z nas, pan w okienku wykonywał te same czynności i z taką samą szybkościa...:) cóż, nasze bagaże będą następnego dnia...
Na placówce w środku nocy przywitała nas tylko s. Ryszarda, dyrektor City of Hope, pokazała nam gdzie dziś mamy spać i życzyła dobrej nocy. Następnego dnia pojechałyśmy z s. Zosią z Mansy po bagaże...czekały już na nas, uff :) potem wymieniłyśmy dolary na kwacha ( nie wiem czy to się domienia:) a wymawia się mniej więcej tak "kłaczy"). Po powrocie zwiedzałyśmy placówkę, jest ogromna, ale o niej napiszę innym razem. I poznawałyśmy pierwsze dziewczynki, które tu mieszkają, a dokładniej w sierocińcu, który prowadzą siostry. cdn:)
Jestem tu tylko trzeci dzień, a mam wrażenie, że chociażby 2 tyg...szok:)
Podróż minęła nam bez większych problemów. Piszę "nam" bo leciałam jeszcze z trzema wolontariuszkami, Asią, która jest razem ze mną w Lusace, Alą i Anią, które z Lusaki pojechały drugiego dnia dalej na północ, do Mansy. Bez problemów to raczej się nie da:) Więc tak, na samym starcie, jeszcze na Okęciu, tuż przed wejściem do samolotu okazało się, że gitara nie może lecieć...Potem we Francji dostajemy informację, że nasz lot do Nairobii jest opóźniony o ok. 50min. więc na kolejną przesiadkę mamy 1,5 godz. dużo, a zarazem mało w obcym państwie, ba! na obcym kontynencie! :) ale żeby nie było tak wesoło, to podczas ośmiogodzinnego lotu do Nairobii uświadomiłyśmy sobie, że w Kenii jest zmiana czasu więc mamy na odprawę pół godz....peszek, więc w biegu szukamy odpowiedniej bramki. I udało się:) Każdy z obsługi na lotnisku w Nairobii, kto usłyszał "Lusaka, Lusaka" przepuszczał nas:) i takim sposobem zdąrzyłyśmy na ostatni tego dnia samolot do Zambii:) Na lotnisku w Lusace czekał na nas ks. Kazimierz, czekał...bo musiałyśmy wykupić wizę, a tu nie załatwia się takich spraw szybko, trzeba odpowiedzieć na masę pytań, zrobić zdjęcie i jeszcze zeskanować linie papliarne lewej dłoni z uwzględnieniem lewego kciuka:) Ale udało się:) Potem nie było tak wesoło bo okazało się, że nasze bagaże z racji opóźnienia nie doleciały do Lusaki więc zaczęło się zgłaszanie, jaki był bagaż, kolor, materiał itp...a ks. Kaziu czekał...a nas jest cztery...:) przy każdej z nas, pan w okienku wykonywał te same czynności i z taką samą szybkościa...:) cóż, nasze bagaże będą następnego dnia...
Na placówce w środku nocy przywitała nas tylko s. Ryszarda, dyrektor City of Hope, pokazała nam gdzie dziś mamy spać i życzyła dobrej nocy. Następnego dnia pojechałyśmy z s. Zosią z Mansy po bagaże...czekały już na nas, uff :) potem wymieniłyśmy dolary na kwacha ( nie wiem czy to się domienia:) a wymawia się mniej więcej tak "kłaczy"). Po powrocie zwiedzałyśmy placówkę, jest ogromna, ale o niej napiszę innym razem. I poznawałyśmy pierwsze dziewczynki, które tu mieszkają, a dokładniej w sierocińcu, który prowadzą siostry. cdn:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)