czwartek, 12 kwietnia 2012

Hektolitry lodowatej wody (III)

Następnego dnia pojechaliśmy do małej rybackiej wioski o wdzięcznej nazwie Kashikishi („kaszikiszi” lub jak kto woli „kasiakisi”:) Przewodnikiem tej wyprawy był nasz kierowca, który w czasie jazdy ostro, bardzo ostro potrafił zahamować tylko po to, by przez szybę porozmawiać ze znajomym w samochodzie, który w tym momencie mijał. Jednak był dobrym przewodnikiem, pokazał nam interesujące miejsca i wtajemniczył w ciekawostki. Jak wspomniałam Kashikishi jest wioską, może małym miasteczkiem rybackim, które leży nad Lake Mweru. Graniczy ono z Kongo. 

Jezioro te jest ogromne, sądzę, że dla tutejszych ludzi to jakby morze. Pierwszy raz w życiu widziałam dryfujące, małe, drewniane łodzie z rybakami. Podobno wieczorami, gdy jest już ciemno można podziwiać widok setek małych falujących światełek na tle głębokiej czerni. Pierwszy raz widziałam jak kobiety piorą ubrania w wodach jeziora. A ryby, które żyją w wodach Lake Mweru, też widziałam pierwszy raz:) Na pobliskim „Fish market” można kupić to, co żyje w jego wodach, począwszy od małych rybek po wielkie bestie z płetwami:)




Ten dzień upłynął nam także na odwiedzinach sióstr zakonnych, które prowadzą dużą szkołę dla położnych, klinikę dla osób z wadami wzroku, a także szpital ogólny dla pobliskiej ludności. Było co zwiedzać, miejsce te położone jest blisko Lake Mweru. Mogłam także zweryfikować nasze polskie standardy z zastałymi w Kashikishi. Powiem, że często byłam pozytywnie zaskoczona. Zwłaszcza jeśli chodzi o klinikę.
W drodze powrotnej był krótki odpoczynek na gorącym piasku nad brzegiem zambijsko -kongonijskiego jeziora. Pod daszkiem z trzciny ustalaliśmy trasę na następny dzień.
Nie było nad czym się zastanawiać. Dla każdego z nas było oczywiste, że jedziemy nad Wodospady Ntumbachusi („Ntumbaćuśi”). Gdy tylko usłyszeliśmy, że pobliżu Kazembe są takowe nie było mowy o ich pominięciu. Tak więc drugi dzień, a raczej połowa upłynęła nam na podziwianiu kaskadowych wodospadów. Widok był imponujący. Całość składała się z mniejszych wodospadów do których trzeba było wdrapać się pod górkę po kamieniach. Pomiędzy jednym a drugim była spora odległość. Dookoła rozciągał się piękny widok zielonych drzew. Pomiędzy nimi wiła się wodna wstążka dając życie wszystkim roślinom. To właśnie ona łączyła ze sobą wszystkie miejsca, gdzie woda spadała w dół.

Tak, to miejsce było bardzo interesujące, ciche, bez nawału turystów, dające spokój i wytchnienie. Widok ten chłonęłam całą sobą i nie mogłam się doczekać kiedy dojdziemy do miejsca w którym będziemy mogli wejść do wody. Pogoda w prawdzie nie zachęcała do kąpieli, brakował słońca. Jednak ciekawość była silniejsza:) Pierwszy dotyk wody – to jakbyś  stał bosą stopą na lodzie przez dobrych parę minut:) zimna, ale cóż, jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”:) Po kilku zanurzeniach było o wiele lepiej:) i słońce zaczęło pokazywać swoją twarz:)

Woda - potęga i siła jakiej nie można sobie wyobrazić. To tysiące hektolitrów spadających z impetem w dół w ciągu minuty. To huk białej piany i para wodna, której kropelki  najbardziej lubią przysiadać na rzęsach. Sprawiając, że pod ich ciężarem nie jesteś w stanie nic zobaczyć. Przy takiej sile człowiek czuje się jak robaczek. W sumie to też tak wygląda :)
Po tak spędzonej połowie dnia nadszedł czas powrotu do Kazembe, a potem do City of Hope. Przed nami było przecież 1000 kilometrów. Jednak rozłożone na półtora dnia i spędzone w innych warunkach. Tym razem wracaliśmy samochodem, razem z jednym z księży.  Po takim wypoczynku spokojniej patrzyłam na nadchodzący czas egzaminów i zakończenia pierwszego termu w Open Community School w City of Hope.

środa, 11 kwietnia 2012

Gorący karmel i kokosowa oliwka (II)

Po 16 godzinach spędzonych w busie szczęśliwe stanęłyśmy na pomarańczowej ziemi w Kazembe. Godzina 8:00 rano, a słońce grzało z taką siłą jakby było specjalnie wynajęte na nasz przyjazd. Przy jego świetle kolor ziemi przypominał gorący karmel, a powietrze drżało w rytm afrykańskich nawoływań, ludzkich rozmów i koziego „beee!”  Tak, kozy były wszędzie:) Oczywiście przywitała nas gromadka zaciekawionych dzieci, a starsza młodzież od razu zadawała pytania z serii: „jak się masz?, skąd jesteś?, gdzie idziesz?, czy potrzebujesz taxi?” Taxi?! Nie, dziękuję. Pomimo, że nie wiedziałyśmy w jakim kierunku mamy iść i gdzie szukać salezjańskiej placówki:) Tak więc stałyśmy na głównej ulicy w Kazembe, małego miasteczka. A jak się później okazało, było to centrum tej dużej wioski:) Dwie Muzungu, z plecakami, które wyglądały jakby się zgubiły:) i tak też się czułam:) Próbowałyśmy dodzwonić się do Wolontariuszy z Mansy, którzy godzinę wcześniej dojechali na miejsce, jednak był problem z zasięgiem. Po kilku próbach udało się i dołączyłyśmy do reszty naszej urlopowej ekipy, z którą zaczęliśmy planować nasz pobyt w północnej części Zambii.


Szybkie śniadanie, rozeznanie co i gdzie można zobaczyć. Konsultacja z księdzem i już po chwili byliśmy w drodze do Sierocińca. Dom ten prowadzi jedna z amerykańskich fundacji, a fizycznie małżeństwo, dwie wolontariuszki i miejscowe kobiety zatrudnione jako „mamy” czy kucharka. W momencie, kiedy odwiedziliśmy to miejsce przebywało w nim ok. 25 dzieciaczków w wieku 0-6 lat. Znajdują się tu z różnych względów, jednak można się domyślać, który z nich dominował. Maleństwa mają tu dobre warunki oraz opiekę jednak nic nie zastąpi prawdziwego domu… Starsze dzieci poza czasem na zabawę mają lekcje. Uczą się dodawania, odejmowania i poznają literki. Maluchy są bardzo radosne, żywe i skore do zabawy. Jak tylko się pojawiliśmy od razu mieliśmy je na plecach, kolanach, rękach:) wszędzie:)  Są bardzo otwarte na innych, jednak jak wszędzie, także i tu, zdarzają się pewne trudności w wychowaniu, uświadomił nas o tym Amerykanin. Pomimo, że był to sierociniec, to nie czułam smutku wśród tych dzieci. Rozbrzmiewały cieniutkie głosiki i śmiech. Możliwe, że byłam tam za krótko. Jednak ta chwila wystarczyła, by pewien przystojny Młodzieniec o czarno-granatowych oczach i kręconych włoskach skradł moje serce. Trzymając go na rękach widziałam w jego oczach spokój, zaufanie, a nawet radość. Udało mi się wywołać na jego czekoladowej buzi uśmiech. Ten piękny uśmiech dziewięciomiesięcznego dziecka zachowam w pamięci na długo. A zapach kokosowej oliwki jeszcze do dziś czuję:) Rozmarzyłam się:) Jednak co zrobić?:) ma Chłopak kawałek mojego serca. 
Następnym punktem wycieczki miała być wizyta u Wodza wioski, Chifa (nie wiem jak się to pisze, jednak wiem jak się wymawia:) - „ czif”). Jednak bez wcześniejszego zaproszenia nie mogliśmy mieć audiencji. Nie pozwolono nam także zobaczyć jego pałacu. Ani na sekundę nie udało nam się wejść za wysoką bramę. Nawet nie pomógł kolor naszej skóry;) Może to i lepiej, że się nie udało:) Nie mieliśmy okazji do popełnienia jakiegoś błędu w całej otoczce ukłonów, pochwał, klaskania czy dygania. Wszak był to sam wielki  Chif, jeden z czterech w Zambii, którzy mają największą władzę, powtarzam – największą!!! A tak się składa, że w Kazembe mieszka najstarszy z tych czterech, tak więc jest królem królów. Bez ich wiedzy nic się nie może wydarzyć, zmienić, pomimo, że mają władzę tradycyjną. To, co powie jest święte i tylko on może to zmienić. To on rozdziela ziemie, pozwala ją zagospodarować. A także nie wydaje pozwoleń na pewne przedsięwzięcia.

Dlatego też ja się cieszyłam, że widziałam ogrodzenie chroniące jego posiadłość od zewnętrznej strony:) A i tak czułam stres i miałam wrażenie, że parzy na mnie okiem kamery znajdującej się na ogromnym drzewie mangowym:) Miałam wrażenie, że wie o mnie wszystko, nawet to, kiedy stanęłam na jego ziemi:) Ze spokojniejszym sercem wracałam do domu:)

piątek, 6 kwietnia 2012

Wielka Noc

Kolejne Święta, które będę spędzać w Zambii. Myślami jestem blisko mojej rodziny, znajomych, kultury i tradycji z jaką związane są Święta Wielkiej Nocy. Oczywiście, Zambijczycy inaczej przeżywają czas Wielkiego Postu. Różnice, czy to  mniejsze czy większe są na każdym kroku. Jednak duch jest ten sam. Niezależnie gdzie się znajdujemy, Śmierć i Zmartwychwstanie nas dosięga.

Z tej okazji życzę, by te Święta były spędzone w atmosferze miłości do drugiego człowieka. By blask Zmartwychwstałego oświecał ciemne zakamarki naszego życia, by wlewał w nie wiarę, nadzieję i miłość. Życzę radości z faktu, że śmierć została pokonana przez Tego, który „do końca nas umiłował”.
Pozdrawiam ciepło razem z uczniami naszej szkoły:)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Strumyk i połamany fotel (I)

Każdy marzy o długim weekendzie. Ja także, zwłaszcza jak jest się zmęczonym pracą i chciałoby się odpocząć, na chwilę zmienić otoczenie, myśleć  zupełnie o czym innym. I udało się:)W Zambii Dzień Kobiet jest dniem wolnym do pracy (miło prawda?), a po nim następuje Dzień Młodych, także wolny. Biorąc dzień urlopu miałam 4 dni wolne:) co za radość:) Plan już od tygodnia był ustalony. Jedziemy do Kazdembe, na północ, do polskich Salezjanów. Nic nie szkodzi, że przed nami było 1000 kilometrów. Oczywiście w jedną stronę:) Była radość bo na miejscu mieliśmy spotkać się z Wolontariuszami z Mansy:)
Po uroczystościach związanych z obchodami Dnia Kobiet wskoczyłam z Asią do busa na dwie minuty przed planowanym odjazdem. Oczywiście nie obyło się bez uwagi kierowcy w stylu „ Muzungu i prawie się spóźniłyście” A dlaczego tak się stało? To inna historia:) Po prostu kierowca mini-busa jak na złość jechał bardzo powoli i zatrzymywał się gdzie tylko znalazł miejsce… Jednak zdążyłyśmy:)! Plecaki udało się upchać, a my zajęłyśmy nasze miejsca. Ruszyliśmy, przed nami perspektywa 16 godzin w busie, na jednym miejscu, z dwoma czy trzema postojami po 10 min. Na dwóch fotelach z czego jeden był mocno nadszarpnięty i jak się okazał długo nie dało się na nim wysiedzieć dlatego też, co jakiś czas była zmiana. Jednak myśl o odpoczynku, poznaniu nowych miejsc i spotkaniu z polskimi ludźmi dodawała nam sił. W Kazembe planowo mieliśmy być ok. 8:00 rano. Tak też było, bus nie był opóźniony jak to się często zdarza. Nic się w nim nie zepsuło, nie wylądowaliśmy w rowie, ani też żadne zwierzę nas nie zatrzymało. Owszem, tym razem wolałam nie patrzeć w przednią szybę. A to za sprawą słabej widoczności spowodowanej padającym deszczem, miejscową mgłą i brakiem drogowych świateł (wierzę, że nasz bus je miał tylko nie były włączone). Jednak przy tych wszystkich ciekawostkach nasz kierowca radził sobie doskonale i wcale nie zwracał na nie uwagi. Mknął prostą jakby odrysowaną od linijki drogą z dużą prędkością, tak z dużą.  Przez całą drogę tylko kilka razy obudziło mnie silne szarpnięcie całego busa. Jednak kurs został ponownie wyrównany i dalej oddałam się słuchaniu mężczyzny, który był zajęty  głośnym wyrażaniem swojego podziwu wobec młodej sąsiadki po drugiej stronie busa:) Wolałam nie myśleć, że widoczność sprowadza się do 3 metrów. Także zajęłam się kombinowaniem co by tu zrobić, żeby nie kapał na nas deszcz. Okazało się bowiem, że jakoś tak przecieka okno. Poradziłyśmy sobie i z tym. Jednak na mały strumyk przez środek busa nie znalazłam lekarstwa;)
W tym momencie muszę też dodać, że zastanowiła mnie jedna rzecz. W Zambii mało rzeczy jest robionych punktualnie, albo też sporo osób się spóźnia. Jednak jeśli chodzi o sprawę wyjazdu czy podróży to wszystko chodzi jak w zegarku. Każdy potrafi przyjść godzinę czy półtorej wcześniej. A jeśli jest postój w czasie drogi to faktycznie trwa on tyle, ile zarządzi kierowca. Czasem ma się dylemat czy iść do toalety czy kupić coś do jedzenia:)
16 godzin w busie, w drodze, a nadal jesteś w tym samych kraju. Przez taki długi czas można przejechać przez pół Europy:) Po drodze widziałam czym zajmują się ludzie, jak pracują, jak mija im kolejny dzień. To ciekawe. Większość mijanych miejsc po zmierzchu było już zupełnie ciemnych, bez elektryczności. Były też większe wioski czy miasteczka w których tętniło wieczorne życie wśród sklepików, barów, straganów z owocami i warzywami, a także przy prażeniu kukurydzy czy gotowaniu shimy. Oczywiście przy obowiązkowej muzyce.
Każdy postój czy tylko wymiana pasażerów wiązała się także z wymianą towarowo-pieniężną. Miejscowi ludzie wiedzą gdzie i mniej więcej o której będzie bus i czekają z tym co można sprzedać, a co się przyda w trakcie podróży. Tak więc w ciemnej małej wiosce o 23:00 można bez problemu kupić gotowane orzeszki ziemne, prażoną lub gotowaną kukurydzę, banany, pomidory, ziemniaki albo coś do picia. A czasem znajdzie się coś słodkiego:) Natomiast wczesnym rankiem widziałam jak budzi się kolejny dzień pracy, jak ludzie zbierają się w grupki i razem idą na pola. Widziałam jak kobiety sprzątają przed swoimi chatkami, jak niosą wodę z pobliskiej pompy. Mijałam dzieci z zeszytami pod pachą idące do szkoły. Nie ominął mnie także wschód słońca.

Po kilku godzinach jazdy wszyscy w busie znali nasz cel podróży. Gdy kierowca ruszał z postoju zawsze było sprawdzenie czy jesteśmy już na swoich miejscach. Po kolejnych godzinach ludzie przyzwyczajali się, że jedziemy razem z nimi i mieli odwagę rozmawiać z nami, chodzi mi tu o starsze osoby. O młodszych nie wspomnę, to oczywiste, że nie przepuszczą okazji do rozmowy z Muzungu. Oczywiście komentarze na nasz temat nie milkły przez całą drogę:)
Taka podróż jest męcząca, jednak ja lubię te zmęczenie. Wyjazd gdzieś zambijskim busem, z zambijskimi ludźmi to ciekawe i interesujące doświadczenie. Popełniłabym wielki błąd wybierając za każdym razem samochód albo narzekając na niewygody.

niedziela, 25 marca 2012

Czas

Pomimo tego, że świat jest tak skonstruowany, iż potrzebuje czasu i możliwości jego pomiaru, to każdy z nas ma swój indywidualny pomiar i obraz czasu. To, co jedna osoba nazywa jego brakiem, dla innej jest wiecznością. To, co dla niektórych jest 5 min., dla innych nic nie znaczy. W dzisiejszym świecie, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych liczy się czas. Ważne jest to, aby go jak najlepiej wykorzystać. Aby wielkie rzeczy zrobić jak najszybciej. Bo „czas to pieniądz”. Czyli tak na dobrą sprawę chodzi o pieniądze. Często nie liczy się konkretny człowiek tylko to, w jakim czasie wykonuje swoją pracę. Często prosto w twarz ktoś mu wykrzyczy, że zbyt wolno pracuje, że jest mało wydajny. Liczy się czas (pieniądz), nie człowiek. Nie liczą się jego umiejętności, zdolności. Nic więc dziwnego, że żyjemy w cywilizacji stresu, wrzodów żołądka czy przedwczesnych zawałów serca. Chwilami wydaje mi się, że cały postęp techniczny sprowadza się do tego by wyprodukować jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Przesadzam, może…?

Tutaj, w Zambii gdy pytam, kiedy ruszy bus zawsze dostaję taką samą odpowiedź – „teraz, teraz”. Ale te „teraz, teraz” często trwa 10 -15min. a czasem pół godziny. Gdy mówię, że się spieszę to mam wrażenie, że moje słowa niknął w zgiełku ludzkich nawoływań i nie spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem. Tak na dobrą sprawę to wcale nie musiałam tego mówić. Nikogo to nie rusza. Moje słowa nie sprawią, że szybciej zapełni się bus osobami, które będą chciały jechać w tę samą stronę co ja. Nie sprawią, że ludzie zmienią myślenie. Nie sprawią, że wszyscy po usłyszeniu komendy, że JA nie mam czasu będą stawać na głowie i kręcić się wokół mnie. Nic z tych rzeczy. Tutaj życie płynie swoim spokojnym rytmem. Zgodnie z naturalnym zegarkiem. I to ode mnie zależy jak będę na to reagować. Czy przyjmę rzeczywistość taką jaka jest, czy też na siłę będę chciała ją zmienić. A rezultaty i tak wszyscy wiemy jakie będą.

Wokół mnie nikt się nie spieszy, każdy ma czas na wszystko. Dlatego tylko ludzi z Europy dziwi widok śpiącego człowieka na poboczu drogi - bo był zmęczony więc odpocznie i pójdzie dalej. Albo człowieka ucinającego sobie drzemkę na taczce obok myjni samochodowej. Po co ma tracić siły na czekanie na następnego klienta skoro może ten czas wykorzystać na sen. Nikt nie zastanawia się dlaczego na trawniku po drugiej stronie ulicy, pod palmą ktoś po prostu sobie siedzi. Dziwi cię obrazek jak kobieta czy nawet mała dziewczynka potrafi cały dzień siedzieć na jednym miejscu, przy ruchliwej ulicy i sprzedawać banany czy pieczoną kukurydzę? Takie obrazki to standard i powoli mnie nie dziwią. Idziesz do kościoła na Mszę? Dlaczego nie wyjdziesz godzinę wcześniej żeby sobie porozmawiać ze znajomymi? Dlaczego uciekasz od razu po niej? Przecież po Mszy także jest dobry czas na pogawędkę. Jak widać tu są inne realia. Tu czas jest wartością innej rangi. Tutaj ludzie potrafią być dla drugiego człowieka i z drugim człowiekiem. Mają czas na zatrzymanie się i rozmowę.  Nie pędzą, nie ogłaszają naokoło, że go nie mają. Oni spacerują. Widać to choćby na chodniku. A ja już kilka razy w szkole usłyszałam, że bardzo szybko chodzę:) To biały człowiek goni. Goni czas, a zawsze będzie mu go brakować. Chwilami wydaje mi się, że tutejsi ludzie nie rozumieją słów - „nie mam czasu”, dla nich to żywa abstrakcja.


Tak, chwilami jest to denerwujące, zwłaszcza, jeśli za godzinę zaczynasz kolejne zajęcia, a w busie jesteś tylko ty i kierowca. Białego człowieka drażni to, że Zambijczycy na wszystko mają czas, że się nie spieszą. Po co przygotować wcześniej egzamin skoro jest on dopiero w następną środę? Przygotuję w poniedziałek popołudniu – to i tak lepsza wersja:) Albo kolejny przykład. Zbliża się Sylwester, w Polsce miejsca zarezerwowane są już od połowy października, jak nie wcześniej. A tutaj? Ktoś się zainteresuje w grudniu, ale większość przyjdzie zająć miejsca tydzień przed albo 2 dni przed Sylwestrem. Owszem, znajdą się też i tacy, którzy po prostu przyjdą na bal w wieczór sylwestrowy:) Denerwujące jest też to, że gdy potrzebujesz nowej żarówki to musisz się nachodzić za nią. Albo gdy woda jakimś cudem nie chce lecieć z kranu to masz wrażenie, że „pan techniczny” poszedł po nią do Wodospadów Wiktorii. 
Czas jest taki sam, jednak to od nas zależy jak go będziemy wykorzystywać. Jak będziemy nim gospodarować. Musimy nauczyć się nim cieszyć. Każda miniona sekunda już nie wróci. Nigdy nie będziemy mieli takiej samej minuty. Tutejsza rzeczywistość jest spokojniejsza, mam wrażenie, że ludzie żyją bezstresowo. Owszem, nie oznacza to, że nie mają problemów. Po prostu potrafią się cieszyć z tego co mają i nie gonią za nowościami jak my.


niedziela, 26 lutego 2012

Wolność w niebieskim ręczniku

Z daleka słyszę już potęgę męskich głosów przeplatających się z klaskaniem. Z każdym krokiem moja ciekawość i radość rośnie niczym balon wypełniany powietrzem. Wzmaga się powodując, że przyspieszam krok. W głowie zastanawiam się czym mnie dziś zaskoczą? Który zakon dziś prowadzi pieśni? Który brat nim dyryguje? Oczy tryskają radością na widok migających między drzewami kilku postaci w powiewających na porannym wietrze habitach. Wchodzę z uśmiechem na twarzy, jak głupia, do niezbyt wysokiej, czterobocznej zakonnej kaplicy. Światło swoim ciepły blaskiem zaprasza do zajęcia miejsca, a blask złoceń nie oślepia –bo ich nie ma. Na wprost ołtarz, po prawej stronie drewniane Tabernakulum. Wykonane na styl afrykański, przypominające jedną z wielu małych chatek. Czerwona lampka – obowiązkowo. Po lewej stronie ołtarza, na ścianie, namalowany znak franciszkański – dwa skrzyżowane ramiona - jedno nagie, drugie w habicie. Mam ochotę stać na środku i patrzeć, obserwować, cieszyć się tym widokiem. Myślisz może, czym się można cieszyć? Odpowiadam - widokiem 150 braci zakonnych. Zewnętrznie różniących się wzrostem, wagą, rysami twarzy, butami jakie wystają spod habitu czy różańcem wiszącym u boku. Nie każdy go posiada.  Różnią się też kolorem i krojem habitu. Jest tu mieszanka wszystkich odcieni brązu, a szarość przeplata się z granatem. Różnią się one, długością, wykończeniem, kapturem. W końcu są tu trzy zgromadzenia. To, co ich łączy to śnieżnobiały sznur, który każdy z nich ma na biodrach. Na każdym są misternie zawiązane supełki. Sznur - przypomina o czystości i dążeniu do świętości. To co ich łączy to Miłość, która ich tu przyprowadziła. To Nadzieja, Jedność.
Cieszę się, z każdej niedzielnej Mszy jaką przeżywam w tej zakonnej kaplicy. Cieszę się z każdej pieśni śpiewanej przez Braci. Nawet jeśli nie rozumiem ani jednego słowa. Każde spotkanie z nimi to lekcja wiary, skromności, pokory. Myślę, że nawet nie zdają sobie sprawy, że są tak bacznie obserwowani. Nie zdają sobie sprawy, że swoją zwyczajną, naturalną  postawą uczą. A uczeń chłonie to wszystko niczym gąbka spragniona wody, po której rośnie i przybiera właściwy kształt. We wszystkim co robią widać ich autentyczność, wiarę i miłość. Ich śpiewy wypływają z głębi, z serca. A brzmią niczym mieszanka grzmotów nadchodzącej burzy z delikatnością matczynej kołysanki. Słuchając ich, łatwo można się wzruszyć. Chwalą Boga nie tylko słowami śpiewanymi  przy weselnej muzyce, ale każdą częścią ciała. Niby zwykły chór, którego obowiązkiem jest uświetnianie liturgii. Znamy to. Jednak ten - śpiewa z miłości.  Faceci, zwykli, normalni, a potrafią bez skrępowania śpiewać całym ciałem. Potrafią modlić się tańcząc. To jest tajemnica, którą ciężko mi pojąć. Nie mają w sobie skrępowania, za to sto procent radości! Czy są „wykonani z innej gliny”? Czy to przez brązową skórę? Czy mają inne serce, duszę? Co powoduje, że są tak fascynujący, że chciałoby się przebywać z nimi cały czas? Sądzę, że to bezinteresowna miłość jaką mają do każdego w swoich sercach, a płynącą z miłości do Boga. Sądzę, że to skromność, pokora, naturalność. Zero udawania. Zero plastikowego kiczu. Sądzę, że to po prostu wolność jaką daje im wiara. Patrzę na nich i widzę to wszystko, czego brakuje nam – ludziom zachodu, cywilizacji i postępu technicznego. U nas wszystko musi być na czas, czyste, wykrochmalone. A mieszanka perfum zabija woń kadzidła. Tutaj czuć wolność afrykańskiego człowieka. Czuć dzikość „afrykańskiej piątki”. Czuć dziecięce zaufanie i wiarę. I nikomu nie przeszkadza fakt, że do wytarcia rąk, kapłan wykorzystuje zwykły, niebieski ręcznik.

Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/114299916318917234531/WolnoscWNiebieskimReczniku?authkey=Gv1sRgCNvViuyr6K2qBQ

sobota, 18 lutego 2012

Syzyfowa praca

Tak ja wcześniej pisałam, nowy rok przywitał mnie zmianami i nowymi obowiązkami. Jeśli tak zapowiada się cały rok, no to ładnie… ;) Na placówce City of Hope także czekały mnie zmiany. Zaczął się nowy rok pracy. Muszę tu przypomnieć, że w grudniu opuściło nas dwóch wolontariuszy więc ich obowiązki musiały być rozdzielone na naszą szóstkę, bo tyle w tym momencie przebywa wolontariuszy w CoH. Każdy z nas dostał jakąś część ich obowiązków. Jednak nie o tym chcę pisać. 
Do moich stałych zajęć zalicza się study time z dziewczynkami. Czyli czas na odrabianie lekcji czy pomoc w nauce. Codziennie przez półtorej godziny spotykałyśmy się na tego typu zajęciach. Do końca grudnia miałam dwie dziewczynki z 5 klasy. Były one zdolne i nie miały trudności z lekcjami. Ja ze swojej strony przygotowywałam pewne ćwiczenia, zadania. Szczególną uwagę poświęcałyśmy na takie przedmioty jak matematyka i język angielski. Dobrą rzeczą było także ćwiczenie czytania. 
W tym roku szkolnym mam 4 klasę. Są to trzy dziewczynki w wieku 13-14 lat. Ktoś pomyśli, że tylko trzy więc jest dobrze. Jednak ja mówię, że mam co robić. Czas spędzany z nimi wymaga ode mnie większego wysiłku w przygotowanie zadań jak też ćwiczy mnie w cierpliwości. I otwiera oczy na pewne sprawy. Jadąc tutaj nie sądziłam, że w czwartej klasie, w jednej ławce zobaczę dzieci w różnym wieku. Obok 9-10-latka może siedzieć 13-14-latek. Nie myślałam, że dzieciaki mogą mieć takie trudności z czytaniem czy pisaniem. Nawet nie wyobrażałam sobie, że alfabet to góra, której nie można przeskoczyć. Dziewczynki, z którymi mam zajęcia mają takie problemy. Chociaż jedna z nich w niektórych dziedzinach odstaje od reszty, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Mają problem z alfabetem. A co za tym idzie z czytaniem. Jest im ciężko napisać dany wyraz z głowy ponieważ nie wiedzą jak się go pisze. Mają problemy z matematyką. Każda z nich dodając lub odejmując stawia malutkie kreski, które na koniec podlicza. Przy każdej takiej sytuacji zastanawiam się gdzie był nauczyciel, kiedy uczył ich tych prostych zadań?! Jaką przyjął metodę nauczania, skoro dzieciom potrzeba dużo, za dużo czasu na uzupełnienie kilku krótkich zadań. Takie przykłady mogę mnożyć, niestety…
Tak, to jest smutne i serce mi się kraje gdy słucham ich nieudolnego czytania, a raczej zgadywania co to za wyraz. Gdy sprawdzam alfabet z pominiętym „l” i „r” lub gdy nie rozumieją przykładu z typu: 18 - …. = 15.
Staram się im pomóc, robię ćwiczenia,  piszemy alfabet, staram się im tłumaczyć. Jednak kiedy widzę, że kolejny raz mają trudności z odróżnieniem tysięcy od setek i kolejny raz nie wiedzą jak napisać trzycyfrową liczbę słownie to opadają mi ręce… i zaczynamy od początku. Trudność w tym wszystkim polega na tym, że te moje trzy Czekoladki nie widzą sensu uczenia się. Mam wrażenie, że im w ogóle nie zależy na tym, żeby coś umieć. Myślę, że nawet nie starają się wkładać wysiłku w zapamiętanie danego wyrazu czy zasady jak dane zadanie rozwiązać.
Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Mam teraz kolejną możliwość wykazania się cierpliwością, kreatywnością i zastanawiam się czy mi jej wystarczy :) Mogę także powiedzieć, że doskonale rozumiem częste zdenerwowanie nauczycieli w naszych polskich szkołach. Mam możliwość porównania systemu edukacyjnego jaki panuje tutaj, a jaki jest w Polsce. Różnice są ogromne! Niestety tutaj, to dzieci są poszkodowane. Siła i przyszłość narodu. Brakuje tu środków na dobrą edukację, na pomoce naukowe. A przede wszystkim brakuje motywacji by zdobywać wiedzę. Często nie ma dobrego przykładu z góry bo większość rodziców sama nie chodziła do szkoły więc nie rozumie po co ich dzieci mają chodzić. Często też, rodziców nie stać na to, by wysłać do szkoły wszystkie swoje dzieci. 

Tak więc teraz mogę powiedzieć, że zaczęła się moja misja. Skończył się okres próbny :)

Zdjęcia?- będą ... :) :) :)